Tinderella
Czas ucieka między palcami, jak woda z górskiego potoku. Sierpień, ale taki jakby wrzesień. Patrzę, jak zaczyna się kończyć kolejny rok mojej samotnej wędrówki. Minęło ich pięć, ale tak jakby zaledwie dwa. Dopiero co napisałam komuś pewną wiadomość. Minęły trzy lata i otrzymałam odpowiedź, jakbym wysłała ją zaledwie wczoraj. Nie rozumiem tego, co się dzieje.
Czy wszystko naprawdę można zrzucić na retrogradację jednej, małej planety? Czy ona naprawdę jest taka ważna?
Opowiem Wam pewną historię. Taką, którą chyba już opowiadałam. Bo każda jej wersja niewiele różni się od poprzedniej.
Wpadłam na pomysł założenia Tindera. No ba! Od razu na grubości z kontem gold, żeby widzieć polubienia. Zainwestowałam sobie.
Wstawiłam ładne zdjęcia odrodzonej mnie po moich kiepskich eksperymentach z długością włosów oraz skrajnym przepracowaniem, które wyrzeźbiło mi masę zmarszczek. Jakoś jednak wróciłam do pełnego blasku przy pomocy litrów kremów i kwasu hialuronowego. Oraz paru jeszcze kolejnych zabiegów na włosach. Uznałam zatem, że teraz to ja się mogę na Tinderze pokazać. Że teraz to mam szansę.
Nic bardziej mylnego!
Zaczęłam przerzucać karty. Wszystkie na lewo.
No to jak to z tą szansą?
Zmusiłam się wreszcie – tak zmusiłam się, aby dać w prawo paru panom, którzy wcześniej polubili mój profil. Z trzech par tylko jeden człowiek się odezwał. Ja nie byłam w stanie pierwsza napisać. Nie to, że nie chciałam, że nie wiedziałam, jak zacząć, że księżniczkowałam. Nie. Czułam blokadę. Strach. To było paskudne uczucie. Brakowało mi tchu z nerwów.
Ten, który napisał na szczęście był całkiem przyzwoity. Nie szedł w żaden chamski podryw ani seksualne podteksty. Rozmowa się kleiła. Szybko przeszliśmy na WhatsAppa. I szybko zaproponował, abyśmy się spotkali. Początkowo zareagowałam pozytywnie. Chętnie się zgodziłam i zaczęliśmy dogadywać szczegóły. Lecz potem zaczął działać czas.
Mętlik w głowie, paraliż całego ciała, zaciskająca się na gardle niewidzialna pętla. Wyobraźnia rozpędzona. I do tego artykuł na Onecie o zgwałconej dziewczynie. Chodziłam z ciężką głową, odcięta z lekka od rzeczywistości. Przygaszona. To było paskudne uczucie.
Nie zastanawiałam się długo i napisałam mu, że nie jestem w stanie się spotkać. Zaraz potem skasowałam konto na Tinderze. Miałam je przez cztery dni.
I poczułam niesamowitą ulgę oraz radość. Błogi spokój, który czuję do teraz. Napawam się nim. Nie żałuję tego, co zrobiłam. Zarówno wycofania się z tej znajomości, jak tego, że założyłam konto. Bo zrozumiałam, po raz kolejny sobie udowodniłam, że to naprawdę nie jest dla mnie.
Może jestem z innego świata, z innej epoki. Może jestem wariatką. Ale. Ale poznawanie ludzi w ten sposób jest dla mnie barbarzyńskie. Pozbawione wyższych emocji. Skupione wyłącznie na cechach zewnętrznych. Dlaczego on chciał się spotkać po ledwo dwóch dniach pisania? Dlaczego wcześniej chociażby nie zadzwonił, by chociaż poznać wzajemnie swój głos? Po co ten pośpiech tak naprawdę?
By nie tracić czasu, bo tam zaraz w aplikacji czekają setki innych profili. Być może lepszych. Ciekawszych. Idealnych?
By się przekonać, że ta kobieta wygląda w rzeczywistości tak samo, jak na zdjęciach. Że nie oszukuje filtrami. Że nie wstawiła zdjęć sprzed lat. Albo w ogóle kogoś innego.
A gdzie w tym wszystkim jest dusza? Gdzie jest człowiek?
Gdy jestem głodny idę do sklepu po chleb. Kupuję go natychmiast i zjadam. Bez większych emocji. A gdy chce mi się kobiety lub mężczyzny to odpalam aplikację randkową. Klikam, przesuwam, napiszę dwa zdania, spotykam się, zaliczam, zapominam. I wracam do aplikacji, kiedy znów mi się zachce. Bez większych emocji.
Targowisko próżności. Człowiek nie różni się niczym od sztuki mięsa.
Im jestem starsza oraz im dłużej rozkminiam życie i duchowość, tym większa jest moja alergia wobec takich miejsc. Lecz mimo wszystko nie żałuję. Chciałam po prostu sprawdzić, czy tam się czasem coś nie zmieniło na lepsze. Chciałam dać sobie szansę. Wykorzystać możliwość nowych technologii, które przecież tak bardzo uwielbiam. Niestety, tam nic się nie zmieniło na lepsze. Za to ja się utwierdziłam w przekonaniu, że to nie dla mnie.
Choćbym miała być sama jeszcze przez kolejne pięć lat albo i dłużej, ale za to później poznać kogoś w normalny, tradycyjny sposób, to ja tak wolę. Zdecydowanie. I to też napisałam temu człowiekowi. Życzę mu, jak najlepiej i po cichutku mam nadzieję, że go zainspirowałam. Zaraziłam innym podejściem. Może jak tak powoli każdy z nas będzie się budził i będzie budził kogoś kto śpi tuż obok, to wkrótce te chore zasady tego świata zostaną powalone?
Boli mnie potwornie to, co się dzieje z tym światem. Przeraża mnie do czego to wszystko zmierza. W tej chwili widzę, że Ragnarok jest nieunikniony. Jeśli ludzkość się w porę nie ocknie, to on nastąpi niebawem. I choć będzie to straszne, to będzie jednocześnie oczyszczające i zbawienne.
Nigdy w życiu nie spodziewałabym się wiadomości od Niego. Ale o tym później. Emocje ciągle jeszcze zbyt potężne. Tak, oto właśnie retrogradacja Merkurego w pełnej krasie…