Magiczne Południe

Magiczne Południe: część trzecia

Nasz objazd trwał dalej. Kolejny dzień i kolejne setki kilometrów za nami oraz coraz to ciekawsze widoki i miejsca. Kontynuowaliśmy filmową przygodę zatrzymując się w kinowym mieście o zahaszowanej nazwie Ouarzazate. Mieści się tam studio filmowe Atlas, gdzie nakręcono wiele światowych produkcji. Byłam w szoku, że takie hity jak „Klejnot Nilu”, „Gladiator”, a nawet kluczowy dla mojego serduszka serial „Wikingowie” były nagrywane właśnie w Maroku!

Zwiedzanie studia pozwoliło poczuć magię kina. Dowiedzieliśmy się, jak to wszystko wygląda od tej drugiej strony. I mogłam zobaczyć, dotknąć i poczuć klimat filmowych budowli wzniesionych specjalnie na potrzeby produkcji. Ściany, wydawać by się mogło, że kamienne czy gliniane w rzeczywistości były delikatnymi pudłami, które po stuknięciu wydawały głuchy odgłos. Ależ jaką sprawiały iluzję! I to tak nawet na żywo. Nic dziwnego zatem, że na srebrnym ekranie człowiek był przekonany, że sceny były kręcone naprawdę w takim chociażby Egipcie bądź po prostu w prawdziwych budynkach.

Ta podróż jednak to nie tylko zwiedzanie, chwytanie niesamowitych ujęć oraz uroki natury. To także poznawanie ludzi i tym samym poznawanie samego siebie. Jest tak z każdą wyprawą, a szczególnie tam, gdzie jest się samemu pośród nieznajomych.

Z biegiem czasu okazało się, że na tej wycieczce jest sporo samotnych kobiet. Łącznie ze mną było nas siedem! Ironia losu z tą liczbą znów mnie spotkała…

To, co spostrzegłam u większości z nich to mur. Szczególnie u tych skrzywdzonych. Nie było wcale tak łatwo nawiązać ze sobą kontaktu z początku, chociaż byłyśmy w tej samej sytuacji. Każda miała na sobie tę doskonale znaną mi zbroję. Zbroję nieufności, gotowości do walki, niechęci by sobie pomóc, czasem nawet krytycyzmu czy wręcz ogólnie pojętej toksyczności. Wiedziałam, że pod spodem są bardzo wrażliwe istoty, które po prostu potrafiły kochać, jak mało kto na tym świecie, ale niestety oddały serce w niepowołane ręce. Nie pozostało potem już nic innego, jak ubrać ten pancerz, zapleść warkocze, wydziarać skórę i iść w bój. Potrafiły? Nie, nie wierzę w czas przeszły. Zarówno co do nich, jak i siebie. Jeszcze potrafimy i to jeszcze jak! Tym razem jednak nie byle kto będzie miał szczęście się o tym przekonać. I niech nas zwą toksycznymi czy jak się komu podoba! Kto nie zna historii drugiego człowieka niech nie waży się oceniać, bo będzie potępiony. To powiedziałam ja – wiedźma z duszą z dalekiej północy, a teraz także z kawałkiem serca bijącym na Saharze…

Tak, bo tam na pustyni zadziała się najprawdziwsza magia…

Tego dnia była pełnia w wodniku. Zwana pełnią jesiotrów. Siedzieliśmy późnym wieczorem przy basenie, co niektórzy w basenie i tak toczyły się nocne Polaków rozmowy, dzięki którym poznaliśmy się jeszcze bardziej. Nasz hotel w tym pięknym miejscu był oszałamiający. Przypominał pałac Sulejmana czy innego sułtana. Kolorowe mozaiki, gąszcz palm dookoła, mnogość fikuśnych kształtów i spoglądające na nas wzgórza. Czułam, że niebawem wydarzy się coś pięknego. Dostawałam znaki od wszechświata. Jednym z nich były dwa spijające sobie z dzióbków gołębie na balkonie mojego pokoju, które ujrzałam o poranku, jak tylko otwarłam oczy. Zrozumiałam, że to nie jest przypadek i zrozumiałam, co to oznacza, ale bałam się, czy aby na pewno jestem na to gotowa.

Bo logika nie była w stanie tego przyswoić.

Ale o tym w następnym odcinku.

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights