Magiczne Południe

Magiczne Południe: część piąta

Grom z jasnego nieba spadł na moją głowę. Z bólem serca trzeba było opuścić pustynię, ale przecież tak należało uczynić. Nie dawałam sobie prawa do rozwinięcia tego uczucia. Na samą myśl załączały się we mnie te wszystkie ściany, te wszystkie różnice, te wszystkie przestrogi. Lecz pomimo tego moja twarz tak bardzo jaśniała na widok kolejnej wiadomości na Instagramie.

Broniłam się, chodziłam oszołomiona, czułam, jak moja skorupa zatrzęsła się w posadach. Niestety, logika boleśnie sprowadzała mnie na ziemię. I z każdym kolejnym twardym lądowaniem najbardziej bolało serce. Tak bardzo, że tchu brakowało. I nie czułam, by taki stan był właściwym wyjściem.

Czy to jest niska samoocena? Może. Pytanie, jak ją rozważać. Gdybym uwierzyła w jego piękna słowa można by rzec równie dobrze, że mam niską samoocenę, bo jestem łakoma na komplementy albo że mam wybujałe ego. No tak, bo chyba trzeba mieć wybujałe ego, aby pomyśleć, że trzydziestosześciolatka może się realnie spodobać dwudziestolatkowi, prawda? Jakież trzeba mieć mniemanie o sobie, o swojej aparycji? Z kolei nie wierząc w te piękne słowa można by rzec równie dobrze, że jestem bardzo rozważna, jak i totalnie nie doceniająca siebie, swojej aparycji ani osobowości. Gdzie jest prawda zatem? Słuchać logiki, dobrych rad? Czy może serca oraz intuicji?

Kolejny dzień naszej wyprawy to fabryka marmuru w Erfoud. To miejsce jest bogate w przepiękne praoceaniczne skamieliny, z których ludzie potrafią uczynić istne dzieła sztuki. Od figurek, mydelniczek, poprzez coś co kocham najbardziej, czyli biżuterię, a na meblach czy umywalkach skończywszy. Jak dobrze, że był tam przyfabryczny sklepik, gdzie można było płacić kartą! To rzadkość w Maroku, by móc płacić kartą, więc muszę przyznać, że czułam się niekomfortowo tak licząc każdy banknot, ponieważ jeśli by mi się skończyła lokalna waluta to miałam bardzo ograniczoną ilość euro na wymianę. Złotówek nie dałabym rady tam nigdzie wymienić. Przed wyjazdem zatem musiałam ściśle oszacować wydatki, by mieć zapas pieniędzy w gotówce. Ale wiadomo, jak to jest w podróży – tu wpadnie coś niespodziewanego, tam coś i nagle budżet zaczął zbyt szybko topnieć. Możliwość płatności kartą była więc dla mnie wybawieniem. Zareagowałam tak entuzjastycznie, jakby co najmniej te zapłacone kartą środki się w ogóle nie liczyły! W kontekście ręcznie robionej biżuterii z oceanicznych skamielin to zabrzmiało, jak schody do nieba! I tak oto zakupiłam swój talizman. Kolejny już, z kolejnej wyprawy, a co!

Następnie udaliśmy się w przejazd doliną rzeki Todra. Mijaliśmy wioski z tysiącem kazb, malownicze widoki na gęste gaje palmowe. Widzieliśmy kobiety robiące pranie w rzece. Dla nas, Europejczyków to był niezwykły widok. Widok, który uświadamiał, jak cenna jest na świecie woda, którą my nie raz bez zastanowienia przelewamy, rozlewamy, a w innych zakątkach ludzie się o nią modlą. Nie zliczyłam ileż to razy na naszej trasie przejeżdżaliśmy mostem, który miał prowadzić przez rzekę, której nie było. Tylko barierki mostu oraz wyżłobione w skałach koryto przypominały, że tu kiedyś płynęła woda i może jeszcze popłynie, jak przyjdzie pora deszczowa. Tak sezonowo. Może popłynie, a może nie.

Jakoś w południe dotarliśmy do majestatycznego kanionu wzdłuż Todry. Przeogromne skały po jednej i drugiej stronie rzeki, a w dole pełno ludzi odpoczywających nad wodą, kąpiących się w niej oraz piknikujących. Krajobraz zabudowań już nieco bardziej się zmienił w tej części kraju i przypomniał południowoeuropejskie górskie miasteczka Włoch, Hiszpanii czy Chorwacji. Naprawdę było tam przepięknie! Zjadłam tam też wyjątkowo pysznego tajina, czyli koronne marokańskie danie. Nazwa bierze się od naczynia – glinianego talerza ze stożkowatą pokrywą. W tajinie piecze się zazwyczaj mięso z warzywami w aromatycznych, marokańskich przyprawach z kolendrą, kurkumą i oczywiście szafranem na czele. Kelner podaje go ceremonialnie zdejmując stożkową pokrywę, a tam w środku jeszcze wszystko wrze. Istna uczta dla zmysłów!

Po opuszczeniu kanionu ruszyliśmy dalej i kolejną atrakcją w tym dniu był przejazd doliną różaną. Zagłębie, gdzie uprawia się różę damasceńską, słynącą ze swoich magicznych właściwości kosmetycznych oraz boskiego aromatu. Szkoda tylko, że o tej porze roku róże już przekwitły. Za to był przystanek na kolejny sklepik z lokalnymi wyrobami z tegoż najpiękniejszego kwiatu na świecie i znów dało się płacić tam kartą. Można się zatem domyślić, co zrobiłam!

Następnie wróciliśmy do Ouarzazate, kinowego miasta, na nocleg w innym niż ostatnio hotelu. Tym razem to miasto było typowo naszym przystankiem noclegowym. Atrakcją nowej miejscówki był Carrefour niedaleko. Carrefour w Maroko to coś. W Carrefourze nie ma targowania się – trzeba zapłacić tyle, ile jest napisane. A co bardziej istotne – w Carrefourze można kupić alkohol. Tutaj pod tym względem jest jeszcze gorzej niż w Skandynawii. W końcu to państwo muzułmańskie, więc alkohol nie jest poważany. Trudno go gdziekolwiek dostać. Chyba, że w Carrefourze właśnie. W dodatku strefa z alkoholem była tam wydzielona, dodatkowo chroniona i dostępna w określonych tylko godzinach. Do dziewiętnastej trzydzieści maksymalnie można było tam wejść, później zamykano. No i dobrze. Alkohol to zło! Chociaż z drugiej strony to właśnie alkohol sprawił, że znalazłam się w Maroko… no ale cóż…

Napisałam Medowi, że jestem nordycką wiedźmą, która co prawda mieszka w Polsce, ale ma duszę z dalekiej północy i że zapewne nie chciałby sobie życia zniszczyć zadając się z taką starą babą. Uznał, że faktycznie oczarowałam go tymi moimi pięknymi oczami. Napisałam mu, że powinien sobie poszukać jakiejś fajnej i młodszej kobiety no i że możemy zostać przyjaciółmi. Zaakceptował to. I bez żadnej nachalności po prostu uszanował i pisanie ucichło. Ale czy na pewno dało mi to spokój?

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights