Magiczne Południe: część szósta
Telefon sobie milczał, a mi coraz bardziej brakowało powietrza. I to nie miało związku z upałami. Czułam jakąś wyrwę, ból, ciężar na duszy. Nie było to przyjemne uczucie. Chodziłam jakaś nieobecna, jakby wyłączona. Mniej rozmawiałam z ludźmi. Ciągle cieszyłam się widokami magicznego Maroka, ale zdawałam sobie również sprawę, że część mnie żyje już na pustyni i nie mogę tego ignorować.
O poranku, jak zwykle, wedle znanego już rytuału opuściliśmy hotel i wyruszyliśmy w trasę po stromych drogach przez góry Atlasu. Nasz cel na ten dzień to kultowe miasto Marrakesz.
Pasmo Atlasu dzieli Maroko na północ i południe. Zdecydowanie tę bogatszą, bardziej europejską północ oraz pustynne, uboższe, ale za to magiczne południe. Marrakesz jest mniej więcej na granicy, lecz już po tej „lepszej” stronie gór. A góry są cudowne! Całkiem kolorowe, strome, budzące respekt. Przejazd tymi serpentynami był dla naszego kierowcy nie lada wyczynem. Ja za to miałam radochę!
Oprócz niej czułam również narastające napięcie. Bałam się Marrakeszu. Naczytałam się przed wyjazdem, że turyści są tam niemal pożerani na placu Jemaa el-Fnaa, bo wystarczy chwila nieuwagi i już można mieć wytatuowaną henną dłoń za co trzeba zapłacić milion monet. Albo usadzoną małpkę na ramieniu czy inne atrakcje. Ech, te uprzedzenia… Niepotrzebnie wpędziły mnie w ten stres.
Rzeczywiście w Marrakeszu krążą tłumy ludzi. Wszędzie. Trzeba się mieć na baczności, jak to zawsze w takich okolicznościach. Wystarczą podstawowe zdroworozsądkowe zasady asertywności oraz pilnowania swoich rzeczy i naprawdę Marrakesz nie gryzie.
Za to zachwyca. Bogactwem kolorów, kształtów, zapachów, rękodzieł, architektury. Im dłużej tam przebywałam tym bardziej chciałam płynąć z tym tłumem. Gdyby nie limit bagażu nakupiłabym o wiele więcej na obfitym w prześliczne rozmaitości souku. I popróbowała więcej pyszności marokańskiej kuchni, która jest naprawdę godna. Właśnie, pomarańcza!
Od pierwszego dnia pobytu w Maroku piłam sok pomarańczowy przy każdej okazji. Tego smaku nie da się opisać. Jakby był zrobiony z innego owocu niż te znane nam pomarańcze. Nie ma w nim grama kwaskowatości. Czysta i orzeźwiająca słodycz. Soczysty miąższ. Jednak ten świeżo wyciskany sok, który wypiłam w Marrakeszu na placu Jemaa el-Fnaa to już całkiem inny wymiar! Niestety, pomarańczy nie wolno wywozić z Maroka. Chociaż ich worki turlają się przy drogach, jak u nas nie raz worki z ziemniakami czy cebulą. Jest zakaz i już. Z drugiej strony się nie dziwię. Ten owoc ma tam swoją rajską odmianę.
Im bardziej czas upływał tym więcej ludzi przybywało do centrum i tym bardziej życie zaczynało tętnić. Chciałoby się zostać na dłużej, lecz trzeba było wracać. Dość już tych wrażeń. Rozmaitych.
Zbliżał się czas pakowania walizki i wyjazdu na ostatni przystanek. Tylko, że tak bardzo jak bałam się tu przyjeżdżać, to teraz równie mocno nie chciałam wracać.
Ciąg dalszy nastąpi…