Zupa
Po powrocie z Maroka wraz z silnymi emocjami przyszła do mnie również turbowena. Myślę, że to zawsze z siebie wynika. Mam w głowie tyle myśli do opisania, że nie nadążam i czuję już tyły. Tak bardzo gniecie mnie ta moja wiara w ludzi, która potem zawsze zderza się z chropowatą ścianą rzeczywistości. To ja mogłabym nazwać się pisarką, a więc kreatorką jakichś wyimaginowanych światów, lecz tymczasem praktycznie za każdym razem moja wiara w wyższe wartości i mój głód czyjejś duszy rozbija się o iluzję, którą roztacza przede mną drugi człowiek. Taki, co to wcale nie jest pisarzem.
Duszę się w tej zupie.
Coraz bardziej tracę nadzieję na to, czy aby na pewno nadaję się do życia w tym świecie. Potrafię rozmyślać, potrafię pisać, potrafię jednać się z przyrodą i potrafię żyć w odosobnieniu. A tak najlepiej w odosobnieniu na łonie natury. Potrafię żyć na pustyni w centrum miasta. To są rzeczy, które wiem, że potrafię. Lecz ciągle czuję się, jak dziecko we mgle, kiedy przychodzi mi się porozumiewać z ludźmi, tworzyć relacje. Podchodzę z otwartym sercem, podanym na patelni, duszą głodną poznania tej drugiej duszy i ogromną wiarą w to, że tam po drugiej stronie ten ktoś daje mi to samo. Naprawdę głęboko w to wierzę. Przeżywam wszystkimi swoimi warstwami. Widzialnymi i niewidzialnymi.
A dostaję wydmuszkę. Kruchą. Czasem ładnie pomalowaną, ale jeśli taka się trafi, to farba i tak prędko się rozmazuje.
Powiedzą mi mądrzy, że powinnam tak samo. Zamienić się w wydmuszkę. Ja wiem, że nie potrafię i absolutnie wiem, że nie chcę tego robić. Nadzieja mi słabnie na to, że poza wydmuszkami istnieją tacy, jak ja. Ciągle się jeszcze tli. Nie mam innego wyjścia, jak się jej trzymać, ponieważ naprawdę nie potrafię inaczej podchodzić do relacji. Nie potrafię odedrzeć się z emocji i nie potrafię roztaczać iluzji przed drugim człowiekiem. Taka jestem i jestem z tego dumna.
Mam też swoje mechanizmy obronne i asertywność. Nawet jeśli zdawać by się mogło, że nie, to tylko dlatego, że czasem pewne granice przesuwam bardzo świadomie po to, by dać szansę. By dać człowiekowi szansę na udowodnienie, że jest faktycznie człowiekiem. Jak taka pani nauczycielka, która widzi w uczniu potencjał i naciąga ile może na sprawdzianie, by wyłuskać jakieś punkty.
Nie da się jednak tego robić w nieskończoność i w sytuacji, gdy moja szansa tonie w zupie. Wówczas załączam się bardzo radykalnie. Robię ostre cięcie. Zatrzaskuję wszystkie drzwi. Wracam na swoją pustynię i płaczę nad czyjąś ślepotą. Bolą mnie te wszystkie dusze zamknięte i otępione. Przeżywam to. Patrzę, jak gniją i nie mogę już nic z tym zrobić. A chciałam, próbowałam, dawałam szanse. Nie mogłam w nieskończoność, bo ktoś kto nie chce szansy i pomocy temu po prostu nie da się pomóc. Lecz to i tak boli, że puścić musiałam rękę topielca i patrzeć jak pogrąża się do reszty.
Boże miej ich w swojej opiece, bo ja nie zdołałam. Przepraszam.
Tak bardzo chciałabym odnaleźć tego swojego jedynego partnera. Tego, z którym będziemy żyć na poziomie porozumienia dusz. Lecz obawiam się, że zbyt wysokimi wartościami się kieruję. Obawiam się, że mogę być nadto przebudzona duchowo i widzę przez to więcej niż powinnam, więcej niż to, co potrzebne do nawiązania relacji z człowiekiem tu na Ziemi. Że po prostu przeginam w drugą stronę. Za bardzo jestem głodna tej drugiej duszy. Być może to o czym marzę jest możliwe wyłącznie w innym wymiarze. I niestety jest niemożliwe tutaj, będąc fizycznie wcieloną.
Czy jest taki ktoś, kto potrafi zagiąć wymiary i czasoprzestrzeń?