Sztorm

Prawdziwa pustynia

Rozdziera mnie od środka ogrom nierówności na tym świecie. Wiedza na ten temat zasłyszana skądś jest taka bezemocjonalna, sucha. Lecz, gdy się zobaczy to na własne oczy… Dopiero wówczas coś dociera do świadomości. Tak głęboko. W sam środek duszy.

Mam to szczęście (czy aby na pewno szczęście?) mieszkać w bogatym i rozwiniętym kraju. Nigdy mi niczego nie brakowało. Żyję sobie, jak królowa. Pod względem materialnym oczywiście. Chociażby taki dzień jak dziś – rozpoczęcie roku szkolnego. Poszłam rano z córką do szkoły. Wszyscy wystrojeni, radośni. Po żadnym dziecku nie było widać biedy ani zaniedbań. I nagle przed oczami stanęły mi obrazy z Maroka, kiedy to grupki dzieci chodziły za nami żebrząc. Chłopiec, co sprzedawał swoje namalowane kredkami rysunki. Albo inny oferujący wielbłądki własnoręcznie uplecione z trzciny. Albo ta dziewczynka z własnoręcznie zrobionymi, szmacianymi wielbłądami, która podeszła do mnie wraz z ekipą innych dzieci kiedy to ja już wsiadałam do samochodu opuszczając pustynię. Dałam jej dwadzieścia euro, a ona prędziutko schowała je głęboko i trzymała mocno, by pozostałe dzieci jej nie wyrwały z rąk. I te pozostałe dzieci, którym już nie miałam, co dać, a one wyciągały ręce. Ściana.

Po uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego wsiadłam w swój całkiem wypasiony samochód i pojechałam do biura. Nowoczesnego wieżowca w centrum dużego miasta. W kuchni czekały świeże owoce, płatki, kawa, herbata, woda. Woda. Od koloru do wyboru. Najlepszej jakości. Zupełnie inaczej na to spojrzałam teraz. Niby to doceniałam, ale nigdy nie patrzyłam tak, jak teraz.

I sama ja, wystrojona, wypachniona. Ludzie wokół tak samo.

A chłopak z pustyni? Dogląda wielbłądów, zabawia turystów, którzy nie zawsze są. Jak są to można zarobić jakiś grosz, w przeciwnym wypadku nie ma niczego. Powiedział mi, że gdy miał piętnaście lat to marzył by zostać piłkarzem, ale szybko zrozumiał, że gdy się mieszka na pustyni to nie można sobie na wiele rzeczy pozwolić. I teraz pracuje, żeby jego młodszy brat mógł zostać piłkarzem. Jest inteligenty, bystry, bardzo dobrze mówi po angielsku i co z tego? Spory napiwek, który tego dnia wręczyła mu od nas razem koleżanka oddał w całości chłopcu wraz z którym prowadził wówczas naszą mini karawanę. Okazało się, że to był syn jego sąsiadów.

Serce mi pękło.

Nawet nie wiem, czy potrafię się cieszyć z tego, co mam teraz, gdy mam tak namacalną świadomość, jak żyją ludzie w Afryce. Jak można się cieszyć z tych luksusów i nowoczesności, kiedy to zaledwie cztery godziny lotu stąd oraz w wielu, bardzo wielu miejscach o wiele przecież bliżej ludzie nie mają praktycznie żadnych możliwości, by do tego dorównać? Jak można się tym cieszyć, balować, świętować, kiedy w tylu zakątkach świata jest bieda, wojna, trudne warunki geograficzno-klimatyczne?

Czuję się trochę, jak mieszkanka próżnego Kapitolu z Igrzysk Śmierci. Czuję się fatalnie, bo wiem, że sama świata nie naprawię, a wokół mnie sami śpiący. I czuję się fatalnie, bo nie wiem już jak mam ich budzić.

A jaki w tym straszny paradoks? Ano taki, że my mamy wszystkie dobra tego świata na patelni, wygody, luksusy, nowoczesności i naprawdę fajny klimat, ale zatraciliśmy wyższe wartości.

Miłość sprowadzamy do seksu. Od rodziny się odcinamy. Kłócimy, zadzieramy nosa pośród przyjaciół, znajomych i sąsiadów, jeśli tylko mają czegoś mniej niż my. Separujemy się od siebie. Przestajemy ze sobą rozmawiać. Znajomych proszących o rozmowę odsyłamy do psychologów i na terapię. Izolujemy się w swoich jaskiniach. Tworzymy sobie złote klatki, w których jesteśmy sami. Bezpośredni kontakt zamieniamy na wirtualne emotikony. Rozmawiamy ze sobą przez komunikatory, nawet gdy siedzimy tuż obok. Śmiejemy się z wartości religijnych i prześcigamy w coraz to bardziej wyuzdanych bluźnierstwach.

A tam, na tym magicznym i biednym południu? Nie ma niczego poza prawdziwą miłością, szczerością, wsparciem rodziny, przyjaciół, sąsiadów. Bezpośredniością i kontaktem. Religijnością. Oraz innymi wartościami, które czynią z nas ludzi.

To gdzie jest ta prawdziwa pustynia, co?

Co jest w tym wszystkim najgorsze? Że my śpimy i biegamy dalej z pogardą w swoich pieniężnych kołowrotkach, a oni dążą do tego, co my mamy. Nie mając kompletnie pojęcia, co to tak naprawdę jest i jak ich to popsuje.

I tu człowiek i tam człowiek, ale…

Serce pęka.

I dusza krwawi.

Verified by MonsterInsights