Kropki
Szukam jakiejś nowej drogi. Znów mam to poczucie bycia nie na swoim miejscu, czy może raczej nie wykorzystywania w pełni swoich możliwości. Coraz bardziej dusi mnie praca w korporacji. Najchętniej wyłamałabym się z tego całego systemu, ale wiem, że nie mogę. Dla dobra dziecka.
Nie wiem już kim jestem i dokąd tak naprawdę zmierzam. Nie wiem, czy zwariowałam? Czy ktoś rzucił na mnie urok? Czuję więcej, reaguję na więcej, widzę więcej i wiem więcej. I to jest ciężar.
Ciężar mam też taki, że przegrywam swoje życie. Marnuję je i kiszę. Żyję, jak zakonnica i to tak łatwo mi przychodzi, ale mam świadomość, że nie powinnam. Że to już przerobiłam. Nie raz.
Kiedyś naiwnie wierzyłam w każde swoje marzenie, nawet takie najbardziej odrealnione. A dziś boję się wierzyć, bo wiem, że ta wiara przynosi tylko potworny ból. I to, że się zaczęłam bać też mnie boli. Coś poszło nie tak. Życie mnie przygniotło. Przegrywam to starcie.
Kiedy zadaję sobie pytanie, jak wyobrażam sobie moje idealne życie, to widzę jedną wielką blokadę. Ja tę wizję mam, ale ona mnie przerasta. I to nie jest tak, że nie doceniam tego, co mam, bo doceniam ogromnie. I naprawdę cieszę się tym życiem, które wiodę. Tylko, że czuję po kościach, że czas na nowy etap. Że nie wydobędę z tego poziomu już niczego więcej.
Złapałam się ostatnio na tym starym i wrednym sposobie myślenia, że muszę sobie zapracować na czyjeś uczucie. Wyglądem, działaniami, staraniami. Z tego powodu przygniótł mnie ciężar swojego życiowego bagażu, poharatanej historii oraz zaawansowanego wieku, bo to są aspekty na które nie mam wpływu, a które mnie mocno szufladkują. A chciałabym mieć wpływ. Chciałabym cofnąć czas, odjąć sobie lat. Odmłodzić się i znów stanąć wśród ludzi z czystą kartą. Mając tę wiedzę, którą mam oraz te możliwości, które miałam. To obrzydliwe myśli, ale chyba ciągle nie umiem do końca ich wykorzenić.
Z drugiej strony niczego, co zrobiłam nie żałuję. To wszystko dało mi właśnie tę cenną wiedzę i doświadczenie. Lecz ta wiedza jest brzemieniem. Czasem sobie myślę, że lepiej wiedzieć mniej. Wówczas człowiek jest bardziej spontaniczny i otwarty. Naiwny. Dokładnie taki, jak ja te dziesięć czy więcej lat temu. To chore. Pokręcone. Gubię się już.
Nierealne jest cofnąć się w czasie z aktualną wiedzą i doświadczeniem, i powiedzieć, że ma się czystą kartę. Ta wiedza i doświadczenie to właśnie ta zapisana księga. Jeśli cofnęłabym się w czasie nie mogłabym jej przy sobie mieć. A wtedy pewnie naiwnie, z ponownie ogromną wiarą w ludzi, popełniłabym jakieś działania i decyzje, w wyniku których dziś i tak bym tu usiadła przybita mówiąc, że gdyby nie to, czy tamto, to miałabym szansę na miłość.
Czemu ciągle nie potrafię jej sobie dać? I czemu wymierzam sobie karę za wiarę i czyste serce? Karę za grzechy innych, którzy mnie skrzywdzili? Każda, najmniejsza nadzieja na tę szansę zaraz przychodzi wraz ze stosem obaw, że będzie tak jak dotąd. Albo gorzej. Że brnę w coraz gorsze relacje, ponieważ z racji swojego wieku i bagażu życiowego nie mam prawa zasługiwać na nic innego. Na nic lepszego.
Każde nieśmiałe marzenie i wizja lepszego scenariusza zaraz jest rozwiewana przez strach. I jego mroczne wersje tego, co mogłoby się stać.
Tak trudno mi uwierzyć, że ktoś może być szczery, uczciwy i że mnie nie skrzywdzi. Jakże mam w to uwierzyć, jeśli nigdy nie doświadczyłam tej szczerości i dobroci? Ja po prostu wątpię w jej istnienie. Czuję się trochę, jak mięso pośród krwiożerczych bestii. Czuję, że muszę się chować i blokować, bo inaczej mnie pożrą, bo dotąd nic innego nikt nie robił. A chciałabym zachować chociaż resztki siebie.
Sama nie do końca rozumiem te rozkminy. Płyną ze mnie same, ktoś prowadzi moje ręce po klawiaturze. Tak, jak zawsze, kiedy piszę. Wiem tylko, że jest to jakaś moja wizja, jakiś przekaz od duszy, który być może w pełni zrozumiem dopiero po czasie.
Bardzo możliwe, że to nie moje myśli, a myśli innych, które odbieram. Bo to mi się bardzo często zdarza i bardzo trudno jest mi nadal odróżnić emocje innych, które przeze mnie zawsze przepływają, od swoich.
Bardzo też możliwe, że przygniata mnie niemożność rozwikłania pewnego problemu. Znalezienia algorytmu. To tak, jak w pracy. Czasami tkwię nad zadaniem kilka dni, nie pisząc za wiele, szukając rozwiązania. I to mnie tak bardzo gniecie psychicznie, że nie ma postępu chociaż tak naprawdę to, co się procesuje w mojej głowie to ekstremalnie duży postęp. I potem przychodzi ta chwila – dosłownie chwila, kiedy kropki się połączą i cały tydzień nadrabia się w godzinę lub dwie.
Oby moje życie też się tak nadrobiło.