Czternaście
Po piątku trzynastego przychodzi sobota czternastego. I nagle wszystko ustawia się na swoim miejscu. Ten piątek wyjątkowo mnie przeorał duchowo, jeśli tak to można nazwać. Nie był pechowy ani nic w ten deseń. Był niewątpliwie wyjątkowy. Osobliwy.
Czułam się niedobrze. I to niekoniecznie na poziomie fizycznym, lecz później i na tym też. Nie mogłam znieść swojej pracy. Widziałam zamordyzm, w który próbowano mnie wciągnąć, a ja się tym brzydziłam. Czułam jakąś chorą ambicje ponad zdrowie, ponad czas, ponad wszystko, co ważniejsze. Nie mogłam się z tym pogodzić, chociaż zaledwie na początku tego roku robiłam z nimi to samo.
Wdałam się w komentarz pod jednym filmem na Tik Toku, w którym facet mówił do innych facetów, aby szukali sobie na partnerki kobiet ogarniętych, które coś w życiu osiągnęły, są niezależne, mają pracę i pasję. Napisałam, że takie kobiety są zwykle po przejściach, rozwodach, mają dzieci, a to wszystko sprawia, że stoją na dzień dobry na straconej pozycji. W odpowiedzi do tego komentarza przeczytałam od jednego z panów, że „nie zaczyna się gry na czyimś savie”. Albo, że prawdziwy facet nie zainteresuje się taką kobietą. Albo, że przecież nikt sobie nie chce brać takiego bagażu. Poczułam, jak mi się zbiera na wymioty.
To uczucie towarzyszyło mi jeszcze przez kilka godzin.
Płakałam, modliłam się, pytałam Boga o co tutaj chodzi. Byłam przerażona, że tylu śpiących wokół. Ubolewałam nad nimi.
A potem poczułam jakiś spokój. I otrzymałam wiadomość od Niego. Poczułam jeszcze większy spokój i zrozumiałam, że nie wolno mi tracić nadziei.
Potem spłynęły kolejne komentarze. Zupełnie odwrotne. Wspierające.
Łzy się osuszyły. Nabrałam apetytu na camembert zapieczony z miodem i figami. Do tego grzanki. I dobre wino i jakaś komedia.
I On na łączach. Cały czas.
Duchowo spędziliśmy ten wieczór razem, tak miło i spokojnie. Chociaż dzielą nas tysiące kilometrów.
Zrozumiałam, jak bardzo zmienił się mój obraz Pana Idealnego. To istny kosmos!
Kiedyś był nim wysoko postawiony pan dyrektor. Wszechstronnie wykształcony, obyty w świecie. Wysoki blondyn z niebieskimi oczami. Bogaty.
Ale zimny, jak lód. Jakby bez duszy i serca. Jakby wydmuszka.
A dziś?
Jest nim prosty, młody Chłopak z Pustyni. Opiekujący się wielbłądami i turystami. Bez wielce wykształcenia, nie podróżujący nigdzie. Mieszkający z rodziną w lepiance. Z przepięknymi, czarnymi oczami, oliwkową karnacją. Biedny.
Ale taki szczery i kochający. Z otwartym sercem i piękną duszą. Kompletny.
Czternaście lat. Tylko patrzyłam nie w tę stronę.
Dwadzieścia jeden i dwadzieścia jeden w tym momencie przed moimi oczami.
A dziś czternasty w sobotę.
I wszystko już jest na swoim miejscu.
Spokój.