Na pełnym morzu

Nostalgia, balans energetyczny i dzień kobiet, czyli jesienny mood

Świeczki, kadzidło jaśminowe, kubek gorącej herbaty z dużą ilością imbiru, cytryny, goździków, cynamonu oraz miodu, a obok rozłożony na kanapie brzuszkiem do góry kot. Lekki katar, ciepła bluza i spierzchnięte dłonie. W uszach jeszcze letnia, energiczna oraz romantyczna muzyka przypominająca o pustynnym romansie. Nie wiem, jak to się stało, że znalazłam się w październiku, jak przecież dopiero co siedziałam w wakacyjnym samolocie.

Czuję jakieś wypalenie zawodowe. Jednym z objawów jest koszmarnie trudny powrót do pracy po każdym urlopie, wyjeździe, a nawet klasycznym, zwyczajnym weekendzie, kiedy to się fruwa na miotle w sobotę i je schabowe w niedzielę. Szczególnie trudno jest wrócić mentalnie z wyjazdów. A im bardziej emocjonujący, tym gorzej.

Podczas ostatniego zagranicznego się zauroczyłam. Tak naprawdę mocno. Naprawdę. I tęsknota mnie gniecie potwornie. Tym bardziej, że po powrocie relacja zaczęła się pięknie rozwijać. Mimo, że na odległość. Poczułam, jakbym trwała w romansie, czy nawet w pierwszych etapach związku. Bo to jest takie głębokie, duchowe i emocjonalne. Takie soczyste. Takie, jak powinno być. Taki powinien być każdy zdrowy początek. Nie trzeba wcale się dotykać, mówić sprośnych słów i opowiadać o wyuzdanych fantazjach, by czuć ogromną namiętność. Nie trzeba nic więcej, aby się połączyć duchowo i mimo odległości po prostu być ze sobą. Ale oczywiście żyjemy przecież na Ziemi, więc tęskni się za obecnością w tym wymiarze.

Niestety, ogrom przeszkód gniecie bardziej niż tęsknota. A największą z nich jest moje połamane serce. Problem z zaufaniem. Niemożność podjęcia żadnego ryzyka. Strach przed powtórką z rozrywki. Nie wiem, czy mnie jeszcze stać na miłość. Czuję się bankrutem. Chcę, ale nie mam żadnych środków, by na nowo komuś zaufać. Bez zaufania, jak wiadomo, nie ma miłości. I zła jestem na siebie, że nie potrafię pokonać tego strachu. Z drugiej strony, czy to na pewno strach?

A co, jeśli to są te granice, które wreszcie sobie wypracowałam?

Serce złamane w kilku miejscach, w tym złamanie otwarte. Dusza pełna chropowatych blizn. Może to była cena ustanowienia granic, które od zawsze powinnam mieć?

Zauważam swoją kobiecą energię i choć kusi mnie z niej wyjść, to teraz świadomie się pilnuję, by tego nie robić. Ja już tego po prostu nie chcę. Nie chcę wychodzić z inicjatywą, nie chcę robić pierwszego kroku. Nie i koniec. Nawet jeśli mam świadomość, że druga strona ma ekstremalnie trudno. Nie stać mnie na kredyt zaufania. Ani żaden inny. I ubolewam z tego powodu, że może jestem zbyt okrutna, że może ego bierze górę nad duszą – ubolewam z powodu tych wątpliwości i tak po prostu – ubolewam. To nie jest łatwe. Ani trochę. Biję się w myślach sama ze sobą. Serce walczy z rozumem, ale jest jeszcze coś. To nie jest taka klasyczna walka serca z rozumem. Pomiędzy są jeszcze traumy.

Rozum będzie się przede wszystkim na nich opierał i sprzeciwiał. Serce natomiast będzie stawało wbrew nim, ale to z ich powodu nie będzie w stanie wygrać, bo one są, jak niepełnosprawność. Jak ułomność. Jak brak, który pewne rzeczy wyklucza absolutnie. Za to do innych otwiera drzwi.

To nie jest tak, że traumy niszczą. One także budują. Czy może przede wszystkim budują? Czy to czasem nie jest tak, że traumy niszczą to, co i tak było ułomne, słabe, zatrute, a potem po wysprzątaniu budują zupełnie nowe cechy? Silne, szlachetne i trwałe. I wszystko nagle ustawia się tak, jak powinno.

Energia się balansuje. Z babochłopa zamieniam się w kobietę.

Nie zamierzam już dłużej tkwić w tej podwójnej roli. To mnie tylko osłabia, niszczy, doprowadza do szału. Jestem kobietą. I wreszcie chcę być kobietą. Już dość sobie i wszystkim udowodniłam, jak bardzo potrafię robić to wszystko, co mężczyźni. Już dość. Wystarczy. Udowodniłam i co? Nie czuję się przez to lepsza. Raczej czuję się z tym dziwacznie. Jak pozerka. Przecież moja wartość, jako kobiety jest taka wspaniała! Nie muszę robić męskich rzeczy, aby się dowartościować. To bez sensu. Kobieta i mężczyzna są sobie równi, a ja goniłam za męską energią, jakby chcąc nią wypełnić jakiś brak. Bo myślałam, że kobieta jest gorsza, więc stwierdziłam, że jeśli będę wchodzić w męską energię to będę lepsza. Równa. A to był jeden wielki stek bzdur. Nie dostrzegałam mocy kobiecości. Ani trochę. Zignorowałam ją, więc zasłużenie za to oberwałam, bo wystąpiłam przeciw sobie. Przecież jestem kobietą. W ten sposób po prostu zdradzałam samą siebie.

To było głupie. Ale dotarło w końcu. Lepiej późno niż wcale.

Verified by MonsterInsights