Ojezusmaria, zdarzyła się awaria!
Sprawy zaszły na tyle poważnie, że mogę to już oficjalnie ogłosić. W moim życiu zaszła przełomowa zmiana. Mianowicie, od dziewiętnastego sierpnia roku pańskiego dzisiejszego, czyli dwa tysiące dwudziestego czwartego, od godzin popołudniowo-wieczornych czasu GMT+1 trwam w stanie wyjątkowym. W stanie awarii.
Awarii, która nigdy nie powinna się zdarzyć.
Awarii, która nigdy nie miała najmniejszych szans na zaistnienie.
Awarii, która zdziesiątkowała wszystkie moje zmysły, nie gorzej, jak to zrobił covid na świecie.
Awarii, która sprawia, że się uśmiecham.
Awarii, która sprawia, że jestem lekka.
Awarii, która sprawia, że kocham siebie.
Awarii, która sprawia, że otwarłam szerzej oczy.
Awarii, która sprawia, że moje serce bije, jak szalone.
Awarii, która sprawia, że moja dusza unosi się pod niebiosa.
Awarii, która sprawia, że mój umysł się uczy.
Awarii, która sprawiła, że moja logika zmieniła wszystkie dotychczasowe punkty odniesienia względem wszystkich i wszystkiego.
Jestem bezsilna i silna jednocześnie.
M jak…
Trzy razy M.
Jak to szło? Moje ulubione motto z czasów nastoletnich? Że nic nie jest prawdziwe i wszystko jest dozwolone?
Nie sądziłabym, że tyle rzeczy mi się w głowie przewartościuje. Czy to jakiś wirus? A może szczepionka?
Awaria brzmi, jak piosenka „T’amo Amore T’amo”.
Awaria ma wyrazisty, kwiatowo-szyprowy zapach. Zapach frezji i mirabelki.
Awaria ukryta jest w mocy wisiorka z kwarcu różowego.
Awaria ma kolor beżu, brązu, bieli oraz zieleni i błękitu.
Awarię niesie gorący podmuch powietrza.
Awaria ma smak pomarańczy.
Takich 'enczantowanych’.
Wiem, że nie chcę się już dłużej bać
Nie chcę tańczyć do melodii, którą znam
Jestem wolny, już mnie porwał wiatr
Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd
I Ciebie też, bardzo.