Różowy Październik
Która wiedźma dostaje okres w dwudziestym siódmym dniu cyklu, w dniu pełni, siedemnastego dnia miesiąca i jeszcze na dodatek w Baranie? Ano ja! Lepiej być nie może.
A ten dzień zaczął się tak niepozornie. Wstałam i wyszykowałam się, jak na dwa miliardy dolarów przystało. Usta pomalowałam na intensywny kolor dojrzałej maliny. Stwierdziłam, że pojadę do biura komunikacją miejską, bo przecież tak pięknie świeciło słońce – żal się kisić w samochodzie. Na przystanek trzeba sobie zrobić spacer, czasem trochę postać i zaczekać. Idealnie zatem, by nacieszyć się złotą jesienią.
Lecz, gdy tylko wyszłam z bloku i poczułam arktyczny wiatr, agresywnie rozszarpujący moje włosy, to zaczęłam mieć wątpliwości.
Dotarłam do przystanku i nagle ujrzałam przepiękny dyliżans odjeżdżający mi sprzed nosa. Następny miał się zjawić za zbyt długo. Miałam ochotę zamordować kogoś. Na przykład kierowcę tego autobusu, który widział, że podbiegam. A może jednak nie widział? Nieważne. W tamtej chwili zasłużył na bycie zamordowanym. Mogłabym jednakowoż przyjść wcześniej, to i czekać bym aż nadto nie musiała na kolejny, ale są przecież rzeczy ważne i ważniejsze. Dziś był dla mnie ważniejszy piękny makijaż, taki z konturowaniem i moim ulubionym złotym rozjaśniaczem.
Stałam przez chwilę jeszcze na tym przystanku przestępując z nogi na nogę niespokojnie, aż wreszcie irytacja sięgnęła szczytu, jak arktyczny wiatr postanowił mi pokazać kolejną swoją interpretację złotej jesieni. Odwróciłam się na pięcie, wróciłam do mieszkania, chwyciłam za kluczyki i poszłam do garażu po rakietę.
Na szczęście nie było korków. Jakimś dziwnym cudem zrobiło się po dziewiątej. Przyzwoici ludzie byli więc już dawno w pracy i szkole.
A ja mogłam wkroczyć do biura, jak królowa życia z efektowym spóźnieniem. Cała na biało. Prawie, bo odznaczał się kolor moich ust oraz wielkie złote kolczyki. I sunął się za mną, jak tren zapach francuskich perfum. Tak, to ja w pełni swojej mocy!
Gdy usiadłam przy biurku w sąsiedztwie samych facetów poczułam jednakowoż, że też bym mogła ich zamordować. Jeden to już nawet na parkingu mnie zdenerwował, bo za długo wypakowywał swoje rzeczy z bagażnika, kiedy to ja czaiłam się, by zaparkować na wąskim i trudnym do manewrów miejscu i bardzo nie chciałam mieć publiczności. A ten się tam gramolił i gramolił, zamiast prędziutko opuścić parking. Zwłaszcza, że przyjechał równie późno, co ja! Bezczelność ludzka nie zna granic, przysięgam. Reszta z kolei – nie wiem, po prostu była i się mną nie zachwycała! To ja poświęciłam pół poranka i niemalże jedną czwartą dnia pracy, aby się wystroić i umalować, a oni? Zero reakcji. Jakbym była niewidzialna. Udusić to mało, przysięgam!
Rzuciłam się zatem w wir swoich obowiązków nie tracąc dłużej nerwów na to „dziadostwo”. Oni mnie ignorują, to ja ich też! Aż tu nagle zaczynam się dziwnie czuć. Mój telefon, jakby był już we mnie wszczepiony, bo niemal równo w tej chwili wyskoczył mi z powiadomieniem, że niedługo startuje mój nowy cykl…
Patrzę, że dziś dwudziesty siódmy dzień. Ale, jak to? Już? Cholera… zazwyczaj to jest właśnie dwudziesty siódmy dzień. No i tak – potwierdziło się po tym, jak niepewnym krokiem i z wyczuwalnymi skurczami pomknęłam do toalety. Zaczęłam w tym momencie dziękować w duchu kierowcy autobusu, który mi odjechał i zmusił do przyjazdu samochodem. Zaraz, tylko, że tak po prawdzie to on już powinien być martwy, gdybym zrealizowała swoje myśli w tamtej chwili. Na szczęście nie zrealizowałam i mogłam teraz go wielbić.
Ciężko mi potem szła praca. Brzuch zaczął bardziej dokuczać, zrobiłam się potwornie śpiąca, jelita postanowiły zagrać marsza żołnierzy ołowianych i ogólnie ci faceci wokół – czemu oni jeszcze śmieli oddychać?
Z trudem doczekałam ostatniego spotkania i zerwałam się wcześniej do domu. Tak bardzo potrzebowałam swojej toalety, dresu, kocyka i herbatki. Oraz Apapu extra.
Gdy pod wieczór przestało boleć w zasadzie zupełnie, to zachciało się pizzuni. Zamówiłam dwie. Koniecznie z ostrym sosem. Niestety, pizzeria nie wiedzieć czemu, anulowała moje zamówienie. Wpadli w tej chwili na listę moich ofiar. Nigdy nic u nich nie zamówię – poprzysięgłam! Nie chciałam zamawiać nigdzie indziej niczego, więc poszłam pieszo do ulubionego Lidla. Po zapiekankę, sos habanero, ogórki kiszone i zgrzewkę Coca-Coli. I podpaski na zapas.
Tak, jestem kobietą. I jestem z tego dumna!
Ten wpis dedykuję akcji #różowypaździernik #pinkoctober bo trzeba się badać regularnie.
Dziękuję.