Królowa jest naga
To, co chciałabym dziś opowiedzieć może nie wystarczyć na jeden wpis. Najwyżej będzie z tego jakaś mini seria, sama nie wiem. Niech po prostu popłynie to, co dyktują emocje, ponieważ jest ich we mnie cała masa, cała elektrownia atomowa i są one przeróżne, przeróżnie skrajne. Jedno jest w tym wszystkim pewne – moja intuicja już wie, co to tak naprawdę jest, ale jeszcze potrzeba nieco czasu, by to się zsynchronizowało ze świadomym umysłem.
O mało, co nie wyleciałam do Marrakeszu. Oczywiście po to, żeby się spotkać z Chłopakiem z Pustyni. A jakże!
Zanim jednak zostanę spalona na stosie, pozwolę sobie się wytłumaczyć.
Przenigdy nie pomyślałabym, że będę w stanie się zakochać w człowieku z tej części świata, że tak to ujmę. Nie nazwę go Arabem, ponieważ on sam dumnie się zarzeka, że nim nie jest, bo jest Amazigh, czyli Berberem. I to też między innymi strasznie mi zaimponowało. Ja, taka zakochana w kulturze Wikingów, mitologii nordyckiej oraz tej wolności i odwadze, którą reprezentowali, teraz spotkałam takiego można powiedzieć Wikinga z południa. Tak samo dumnego, wolnego człowieka, żyjącego w symbiozie z naturą i tak samo dzikiego, walecznego, odważnego. Dodajmy do tego fakt mojego nordyckiego tatuażu, który do złudzenia przypomina berberyjski alfabet. Wszystko mi się pięknie zaklikało.
Najciekawsze jednak w tej historii jest to, jak ja szybko przepadłam. Byłam pewna, że się nigdy nie dam nabrać na te słodkie, romantyczne słówka. Od kogokolwiek! Bez względu na pochodzenie, kulturę i inne klasyfikujące ludzi przymioty. Rzecz w tym, że to jest coś więcej niż słodkie, romantyczne słówka. Dużo więcej! I takie osoby jak ja, ze złamanym serduszkiem oraz tylko traumatycznymi doświadczeniami w miłości, są na tę magię wybitnie podatne. I to absolutnie nie jest kwestia niskiej samooceny czy braku pewności siebie. To jest o wiele, wiele więcej i głębiej.
Nie poznałam innych Berberów czy Arabów, więc nie chcę pisać o ogóle, ale napiszę o tym jednym, któremu udało się skraść moje serce do tego stopnia, że gdyby on był typowym Polakiem, czy chociażby Europejczykiem, to przenigdy nie dałabym mu najmniejszej szansy. Nawet bym na niego nie spojrzała. Ale on jest Berberem, więc ma to coś. To coś, co oni chyba dostają w genach, mają we krwi od urodzenia i potrafią się tym intuicyjnie posługiwać, bez żadnych szkoleń czy poradników. Albo dostają to wraz z tymi płomiennymi promieniami słońca, którego jest w ich rejonie świata aż nadto.
To coś to nie są tylko piękne słowa. Powiedziałabym, że to przede wszystkim absolutna bezwarunkowość. Spojrzenie, które mówi ci, że jesteś boginią. Afrodytą. Nieskazitelną w każdym calu. Gdybym miała porównać to spojrzenie, a za nim idącą całą mowę ciała, to porównałabym to do spojrzenia dziecka. Takiego małego bobaska, dla którego mama jest całym światem. On ją kocha niezależnie od wszystkich i wszystkiego. Nieważne, jak jest ubrana, w jakim jest nastroju, czego nie robi lub robi – jest zawsze idealna i nieskazitelna. Święta wręcz. I do tej bezwarunkowości, ubóstwienia i wszechuwielbienia dochodzi jeszcze to typowe damsko-męskie pożądanie. Ale takie z ogromnym wyczuciem, nie wulgarne. Zatem to jest spojrzenie i zapatrzenie w ciebie, jakbyś była królową aniołów, królową pustyni, którą jednocześnie się pożąda, jak najskrytsze i najbardziej cenne marzenie. To tak cholernie buduje, to tak cholernie zakleja rany na sercu, że w mojej ocenie naprawdę nie da się przed tym uciec. Nie da się, jeśli tylko w strefie miłosnej dzieje się źle lub działo się źle i nadal są tego skutki.
Uległam i ja. Pomimo różnicy wieku, kultur, wszystkiego. Zakochałam się po uszy! Przysięgam!
I przysięgam, że gdyby ten człowiek był Polakiem, chłopakiem z sąsiedztwa, to pewnie nawet nie wiedziałabym o jego istnieniu. Gdzieżby tam, aby łaskawie na niego spojrzeć, choćby przypadkiem! Smutne, okrutne, ale prawdziwe. Przykładowo – wobec rodaków mam swoją jakąś listę wymagań i standardów, a na tej liście znajduje się na przykład wykształcenie. Gdybym poznała chłopaka rodaka, co byłby czuły i romantyczny, przystojny i kulturalny, miałby stabilną pracę, byłby inteligentny i bystry i jeszcze tam coś super pozytywnego, ale byłby tylko po podstawówce, to odpadłby w przedbiegach. A tenże Chłopak z Pustyni? Nie dość, że tylko po podstawówce, to bez żadnej stabilnej pracy, bez większych perspektyw, młodszy o czternaście lat, co właściwie wyjaśnia kwestię pracy oraz kwestie materialne, bo to przecież kosmicznie oddalony od mojego etap w życiu, na którym on jest, no ale mimo to – zakochałam się. Dlaczego?
Ano dlatego, że dla chłopaka rodaka jestem tylko taką Anią, rozwódką już znacznie po trzydziestce, z dzieckiem, więc niewiadomo, czy w ogóle będę chciała i mogła mieć z nim dzieci, więc w ogóle jestem już dość leciwa, więc po rozwodzie to się przecież ze mną w kościele nie ożeni i jeszcze coś, i jeszcze coś. A dla Chłopaka z Pustyni jestem królową Anną – idealną! Ideałem kobiety! Ideałem żony i matki! A wiek to tylko liczba. Zresztą, bogowie i boginie się przecież nie starzeją. Wiadomo.
Poza tym, chłopak rodak będzie kalkulował – a nie wiem, czy się tak angażować, a może lepiej coś na próbę, a mam przecież tyle dziewczyn na Tinderku, a to nie tak od razu, a to, a tamto. A Chłopak z Pustyni? Habibi, jesteś tą jedyną! Ja się z tobą ożenię! Ja marzę, by mieć z tobą dzieci! Ja dla ciebie zrobię wszystko! Tak, dosłownie takie zdanie usłyszałam – że on zrobi dla mnie wszystko. A mi się zrobiło cholernie miękko. Bo mój ten czy tamten ex nie potrafił mi wiadomości napisać, czy kwiatka podarować, a tutaj chłop chce zrobić wszystko i to nie są tylko słowa, bo jego całe ciało mówi z pełnym przekonaniem, że on faktycznie jest absolutnie zatracony!
I to zatracenie było widać za każdym razem, jak rozmawialiśmy na videoczacie. Nieważne, że byłam nie raz bez makijażu, raz nawet w piżamie bo te rozmowy to mogliśmy odbywać około północy dopiero, nieważne, że miałam nie raz na sobie jakieś domowe ciuchy, że w ogólności nie wyglądałam instagramowo, że byłam czasem w kiepskim humorze przez pracę, okres albo inne schizy. To wszystko było nieważne – ja byłam ważna. Ja byłam w centrum jego świata. Uwielbiana, pożądana, idealna. Moje wszystkie relacje czy posty na Instagramie były lajkowane, no po prostu miałam wrażenie, że jakby on był obok i puściłabym bąka to byłby zachwycony aromatem niczym najdroższymi, francuskimi perfumami.
On zawsze mnie wysłuchał, potrafił się wczuć, okazywał empatię, wsparcie. Kiedy bym nie napisała – on po prostu był. Odpisał. Zadzwonił. Nagrał wiadomość. Kiedy się budziłam, dostawałam czułą wiadomość na początek dnia, a kiedy kładłam się spać – na dobranoc. I nie było to w żaden sposób nachalne. Nie było to również chłodne, mechaniczne, od niechcenia. Naprawdę w każdym jego działaniu czułam pełne zaangażowanie. Takie rzeczy się czuje, więc i ja czułam i tak czując zaczynałam sama czuć coraz więcej.
Przysięgam ponownie, nikt nigdy tak czule mnie nie traktował. Nikt.
Dla nikogo nigdy, poza moim dzieckiem, nie byłam całym światem.
I teraz co, miałabym mieć serce z kamienia? Miałabym się od niego odciąć, zablokować? Nie zakochać się? Tylko dlatego, że jest z Afryki, trzeciego świata, co? Że biedny i niewykształcony? Że młodszy? To wszystko jest tak cholernie puste i banalne w porównaniu do tejże potęgi uczuć.
No i wymyśliłam weekend w Marrakeszu.
Ale krótko potem coś się zaczęło ze mną dziać. Depresja, płacz, wewnętrze rozdarcie.
Zrozumiałam zatem, że moja intuicja już wie. Że to co robię stoi w sprzeczności z planem duszy. Że on najwidoczniej nie jest mi przeznaczony. I ja nawet nie kwestionuję szczerości jego uczuć. Ani moich własnych. Po prostu – to nie ten człowiek. Z jakiegoś powodu jeszcze nie ten. Moja intuicja wie z jakiego i może kiedyś ta informacja mi się klarownie objawi. Póki co wiem tyle, że nie wolno mi lecieć do Maroka, a już na pewno nie po to, by się tam z nim spotkać. Może to tylko kwestia czasu? A może coś o wiele więcej?
Poza tym, jest coś, co sobie jasno uświadomiłam. I jest to może okrutnie przyziemne, lecz bardzo poważne. Myśląc o przyszłości wiem, że nie mogłaby ona wyglądać inaczej, niż jego przeprowadzka do Polski, do mnie. Mam dziecko, którego nigdzie nie zamierzam wywozić ani tym bardziej zostawiać. Zatem to jedyna opcja, byśmy byli razem. A co byłoby wtedy? Jak on miałby się tutaj zaaklimatyzować, bez języka (znajomość angielskiego do życia w Polsce jest praktycznie bezużyteczna), bez wykształcenia? Na jaką pracę mógłby liczyć? Na jakie zarobki? Musiałabym więc go utrzymywać. Tak. Tak po prostu. Być może przez długie lata. Dodam sobie do tego jeszcze scenariusz kolejnego bobaska, macierzyński, po którym może nie miałabym powrotu do pracy? I co wtedy by było? Czy ta miłość by wystarczyła?
Jestem kobietą po przejściach. Od lat dźwigam wszystko sama. Działam zarówno w roli kobiety, jak i mężczyzny. Mam kredyty, obowiązki służbowe. Mam połamane serce. Ja nie czuję, bym miała jakiekolwiek zasoby emocjonalne, materialne czy inne, by prowadzić za rękę i utrzymywać drugiego, dorosłego, zdrowego człowieka. Jestem wyczerpana tym wszystkim, co dźwigam. Potrzebuję kogoś, kto da mi wsparcie i pójdzie ze mną przez życie ramię w ramię. A tutaj, a w tym chłopaku ja tego po prostu nie widzę i sobie tego nie jestem w stanie wyobrazić. Szczególnie, jakby doliczyć do tego hejt rodziny i znajomych, czy nawet obcych ludzi, bo w mojej rodzinie i środowisku taki związek byłby po prostu hańbą. Ja nie mam psychiki, by się z tym mierzyć. By stawać między nim a moją rodziną. By nieustannie wyjaśniać, tłumaczyć, udowadniać. Ja już nie mam do tego psychiki.
Przepraszam, jestem tylko człowiekiem.
EDIT: Już zakończyłam ten wpis i opublikowałam, ale muszę dopisać jeszcze jeden akapit (albo i dwa). Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, co dowodzi skali emocjonalności.
Otóż, biorąc powyższe pod uwagę, to znaczy to, że ogólnie mówiąc nie bardzo wyobrażam sobie wspólnego życia z tym chłopakiem, zaczęłam sobie i tak jeszcze rozważać tenże wspomniany weekend w Marrakeszu. Nie wiem, dlaczego – czy to dlatego, że nie lubię się tak łatwo poddawać, zwłaszcza łatwo poddawać swoich planów, czy może przez to, że kusiła mnie emocjonująca przygoda, po której na pewno miałabym o czym pisać. W każdym razie, zdałam sobie przy tej sposobności kolejną, potwornie ważną rzecz. Coś, co jest wypadkową moich porozwodowych doświadczeń i uważam, że prawidłowo wyniesionymi wnioskami z odbytej lekcji. A o co chodzi konkretnie?
Chodzi o gwałt emocjonalny. Gwałt emocjonalny, którego kiedyś byłam ofiarą, a teraz stanęłam przed sytuacją, w której to ja mogłabym być tym oprawcą. Pomyślałam sobie tak: „A co to takiego zrobić sobie taki wypad? No przecież trzeba się jakoś poznać! To nawet konieczne jest, aby zobaczyć, jaki on jest, kiedy będzie się z nim dłużej przebywało.”. Wszystko bardzo logiczne i w ogóle super. Po jakichś wstępnych rozmowach w kwestii tego pomysłu Chłopak z Pustyni zaproponował, żebyśmy na ten weekend wynajęli mieszkanie w Marrakeszu. Dodam, że w Maroku przebywanie pod jednym dachem par, które nie mają ślubu jest karane więzieniem. W skrócie – seks pozamałżeński jest karany więzieniem, no chyba, że się uda cichaczem nie dać przyłapać, coś tam zakombinować albo w ostateczności się zapłaci komu powinno. Pokój w hotelu czy riadzie byłoby naprawdę trudno dostać. Swego rodzaju obejściem jest właśnie wynajęcie mieszkania, bo w ten sposób trochę łatwiej idzie załatwić. Zatem, nie trzeba wielce rozmyślać, aby przewidzieć, jak taki weekend by wyglądał. Spotkalibyśmy się, byłoby romantycznie do granic możliwości, a potem poszlibyśmy na nocleg do wynajętego apartamentu z jedną sypialnią. Oczywiście, że byłby seks. I już nawet nie chodzi o to więzienie czy łapówkę (sąsiedzi by przecież mogli nakablować), ale nie powiem, to jest coś, co spędziło mi sen z powiek i czego też nie byłabym w stanie sobie wyobrazić (rzeczywiście miałabym o czym pisać na lata… wylądowanie w marokańskim więzieniu za seks…). Chodzi mi tutaj jednak najbardziej o zaangażowanie emocjonalne, które za tym seksem by poszło. Moje, owszem, ale przede wszystkim jego. Z naciskiem na to jego zaangażowanie. To nie tak, że jestem już wyzuta z emocji w tym względzie i na mnie by to aż takiego wrażenia nie zrobiło, ale skoro nie widzę wspólnej przyszłości czy też może widzę ją bardzo kiepsko, to czuję, że potrafiłabym się od niego odciąć, dać mu po prostu kosza. I ja już w tym momencie to wiem, bo mam w sobie te wątpliwości względem naszej przyszłości, co jest jasne dla mnie, że mogłabym go zwyczajnie rzucić. I teraz najważniejsze. Skoro już dopuszczam do siebie taką możliwość, to absolutnie, nigdy i przenigdy nie pozwolę sobie na to, aby pójść z nim do łóżka i tym samym pozwolić, by się zaangażował w tę relację po stokroć bardziej. A on już jest nieźle zaślepiony przecież! To byłoby z mojej strony czyste barbarzyństwo, brutalny gwałt na czyiś emocjach i uczuciach!!! Zrobiłabym wówczas jemu dokładnie to samo, co zrobił mnie ten, którego imienia brzydzę się wymieniać. Zrobiłabym mu potworną krzywdę, wyrządziła traumę na lata. I po co? Po to, żeby przeżyć przygodę i sobie coś przetestować, co bez wyższych działań matematycznych jestem w stanie przewidzieć już w tym momencie. I ja nie zamierzam tego błędnego koła kręcić, tylko dlatego, że ktoś kiedyś mnie tak skrzywdził!