Worek na ziemniaki
Gdy minie sztorm nic już nie będzie takie samo. Poszarpane żagle można zszyć, ale co z tego? Będą to zupełnie nowe żagle. Sfatygowane. Mniej odporne. Mniej elastyczne. Wrażliwe. Po prostu słabsze. Może nie powinny wówczas dalej być żaglami? Może lepiej je przerobić na, na przykład, worki na ziemniaki?
Jaki jest cel we wmawianiu ludziom, że po porażce czy krzywdzie nie powinni się zrażać i dalej próbować, skoro oni rozsypali się na milion kawałków, potem posklejali mniej lub bardziej dokładnie, więc logicznym jest, że są mniej odporni, a więc ich obawy, że znów się nie uda są naprawdę uzasadnione? Mają realnie mniejsze szanse na powodzenie będąc już raz sparzonym. Zużytym. Jaki jest sens?
Chyba, że chodzi tutaj o to, by zaliczyli taką ilość krzywd i porażek, by w końcu nie dało się tego skleić, a tym samym, by ich materia przekształciła się w coś zupełnie innego? Jeśli tak, to wtedy każde pozbieranie się po porażce jest de facto porażką. A sukcesem w tym przypadku byłoby przeistoczenie się.
Idąc dalej, czy to oznacza, że zaliczenie porażki lub krzywdy jest dowodem na to, że jest się na niewłaściwej ścieżce? Że sukces w tej dziedzinie czy pod tą postacią jest niepisany?
A tak w ogóle, czy można krzywdę i porażkę w tym kontekście wrzucić do jednego worka? Podobno krzywdy, które nas spotykają są tylko efektem naszych działań. Lub ich braku. A zatem może i warto rozważać to, jako jedno. W jednym worku. Na ziemniaki.
Smutne to dość, aczkolwiek wydaje się bezdusznie logiczne. Czy żagiel chciałby skończyć, jako worek na ziemniaki? Czy naprawdę zawsze o tym marzył? Być może tak. Z drugiej strony, być może rola worka na ziemniaki dałaby mu więcej szczęścia, niż mogło mu się kiedykolwiek wydawać? Po prostu w życiu tego nie zakładał, a nagle stało się, bo stać się musiało. I wbrew tym chamskim uprzedzeniom oraz przekonaniom to okazuje się być jego największe szczęście, spełnienie i miłość wszelaka.
Cóż.
Jedno jest pewne. Przed przeznaczeniem nie da się uciec.
Nie da się.
To wszystko tylko nam się wydaje.