Kruche nitki szafranu
Przechadzam się mroźnym, styczniowym porankiem. Minus cztery stopnie i przedwczorajszy śnieg dokoła. „Idę po wertepach obranego traktu…” – chciałoby się rzec. Nie czuję już żalu ani innych negatywności. I dziwię się, że one tak szybko minęły.
Trzeba iść dalej. Pomimo zachodzącego na pustyni słońca. Pomimo barwnego i aromatycznego Czerwonego Miasta, które wiem, że nadal na mnie czeka. Kiedyś się tam jeszcze zjawię, a przynajmniej mam taką nadzieję. Jestem wdzięczna za to, że mogłam Cię poznać i tak wiele się nauczyć oraz tak wiele drzwi otworzyć.
Poczułam nagły spokój. Jakby tak być musiało. Może nie do końca to wszystko rozumiem, ale wiem na pewno, że to coś bardzo wartościowego.
Dane nam było dotrzeć do tej tylko chwili. Tak być musiało, bo wbrew szczerym chęciom, upartości, próbom zrealizowania następnego kroku, wyrastała jakaś dziwna ściana. W głowie pustka i brak wizji. Plan rozsypywał się w dłoniach niczym kruche nitki szafranu.
Piszę, bo i cóż mi pozostało? Piszę bo to kocham tak, jak i Ciebie pokochałam na swój pokrętny sposób.
Jesteś moją wielką inspiracją, która nadal trwa. Dziękuję Ci za to. I za wszystko.
Obiecuję ukończyć dzieło zgodnie z planem. Nie odpuszczam ani słowa z rzeczonych pięciuset.
In sha’ Allah