Listy do Miłości Życia

List Szósty

Miłości Mojego Życia!

Wiem, że nie istniejesz. Na pewno nie w tym znaczeniu, które od zawsze miałam na myśli pod tym pojęciem. W tej wysublimowanej, patetycznej, romantycznej i damsko-męskiej formie. Takiej widzianej w filmach, opisywanej w powieściach oraz poezji, wyśpiewywanej i granej przez muzyków. Ciebie nie ma. Ciebie nie ma dla mnie. Może dla innych. Lecz nie dla mnie.

Moja miłość życia to miłość własna, której mi od zawsze brakowało. To jej się muszę ciągle uczyć i o nią walczyć stawiając granice oraz ich broniąc. Żyję prawie trzydzieści siedem lat w tym wcieleniu, a nadal nie w pełni zaakceptowałam fakt, że zeszłam i muszę siebie kochać. Chyba bardzo tutaj zejść nie chciałam i od wczesnego dzieciństwa pragnęłam wrócić. Lecz muszę się pogodzić, że nie mogę. Jeszcze nie. Muszę wreszcie pogodzić się z tym, że żyję.

Pisząc te słowa, tak naprawdę nie powinnam ich teraz pisać. Nie powinno mnie tutaj teraz być i siedzieć na kanapie przed komputerem. Miałam się znaleźć w Krakowie. O tej godzinie zapewne byłabym już w pokoju hotelowym. Niedaleko lotniska. A jutro o poranku miałabym wsiąść do Ryanaira lecącego w stronę słońca. Zachodzącego słońca. Lecz nigdzie nie polecę.

A wiesz dlaczego?

Bo po raz pierwszy w życiu postawiłam wyraźną granicę i jej obroniłam. I nie, nie wyjazd był jej przekroczeniem, bo ja naprawdę bardzo, ale to bardzo pragnęłam tego wyjazdu. Przekroczenie stanowiły jego warunki, które można było przecież negocjować. I nie, nie mam na myśli poziomu luksusu, a granicę przyzwoitości oraz bezpieczeństwa. Istniała opcja komfortowa dla wszystkich. Lecz po tej drugiej stronie zabrakło zrozumienia i akceptacji. Z tego powodu nie mam już po co lecieć.

Czy to aby na pewno pierwszy raz, kiedy się obroniłam?

Myślę, że nie pierwszy, ale za to pierwszy, gdy zrobiłam to zawczasu.

Zwracając się do Ciebie, zwracam się do siebie. Bo Ciebie przecież nie ma. Jestem tylko ja i moja porąbana historia. Moje pisanie, moja wyobraźnia, moja wrażliwość, mój zamknięty, barwny świat.

Popatrzyłam na swoje zdjęcia sprzed sześciu lat. Byłam taka piękna i pełna energii. Takiej pozytywnej energii! Lecz dałam się skrzywdzić, bo zaufałam za bardzo. Bo naginając granice, wierzyłam, że ten ktoś nie zrobi mi krzywdy. A on wszedł z obłoconymi buciorami, podeptał, nabałaganił i wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi. Skrzywdził. Tak poważnie. Wyssał tę piękną energię. I nagle zaczęłam wyglądać, jak pięćdziesięciolatka. Długo trwała i jeszcze trwa regeneracja. Prawie popadłam w alkoholizm. I prawie popadłam w psychotropy. A to ścierwo jeszcze dziś śmiało mi się przyśnić. Wyobrażasz to sobie? Chcę raz na zawsze wymazać jego istnienie z mojej pamięci! A także i tego, który zjawił się na chwilę po nim i zrobił dokładnie to samo. Ciekawa jestem, czy nadal mają aktywnego Tindera?

To dlatego nie mogłam sobie teraz pozwolić na ponowne nagięcie granic. Być może niesłusznie. Być może ten, dla którego miałabym je nagiąć, okazałby się dobry. Ale, czy dobry człowiek tak radykalnie by zakończył relację, tylko dlatego, że nie zgodziłam się na jego propozycję?

Jedyną miłością, której mogę dać pełne zaufanie, jestem ja sama. I nie chcę próbować tego zmieniać. Nie chcę nikogo. Wiem, że nie warto.

I wiem, że nie ma żadnego magicznego „Ciebie”. Jestem tylko ja. Aż ja!

A.

Verified by MonsterInsights