Na pełnym morzu

„Dziwne dziwy widział z lewa (…)”

Ściska mnie w środku żal odpuszczania. Nie wiem, czy to wina moich ambicji czy tego, że zaczęłam się bronić. Jakoś wcześniej było łatwiej – kiedy to pozwalałam innym robić, co chcą. Gdy zrobili coś złego, to była ich wina. Nie moja. A teraz odpuszczając pewne rzeczy i stawiając granice, to ja muszę wziąć na siebie ciężar konsekwencji. I to takich najgorszych, bo z serii „a co by było gdyby…”. Powinno się żałować tego, czego się nie zrobiło. No właśnie…

Jak oszołomiona gapiłam się w poniedziałek przez pół dnia w jeden tylko samolot na flightradar24.com. Opóźnił się o dwie godziny. Na szczęście doleciał bezpiecznie do celu. Mogłam tam być. I siedzieć na miejscu dwadzieścia siedem przy oknie. Tymczasem siedziałam przy biurku numer dwadzieścia siedem, też przy oknie. W pracy. Miałam nawet przy sobie kartę pokładową. To bolało.

Na drugi dzień, jakby wszystko się wymazało z pamięci. Był wtorek, a ja sądziłam, że to może czwartek. Rzuciłam się w wir pracy i pracy po pracy. Przekopywałam się przez tajniki programów wydawniczych i graficznych, by przygotować „Wariatkę” w formie ebooka. Już dawno powinnam się za to wziąć. Przetrzeć nowe szlaki, zdobyć wiedzę. Tak, aby proces wydania kolejnej powieści poszedł w miarę gładko. Zawzięłam się i pragnę wydawać wyłącznie na własną rękę. Żadnych wydawnictw. Sparzyłam się za bardzo.

A potem wyszłam wieczorem do sklepu i nagle zawirowałam. Straciłam równowagę – tak po prostu idąc. Moja głowa była w jednym punkcie, a ciało w innym. Coś się rozsynchronizowało. Opanowałam to jakoś i zdołałam ustać. Wszystko trwało krótką chwilę. O mało nie zemdlałam. Dziwne doświadczenie. Może to ten mój odwiecznie szorujący po dnie poziom żelaza?

I siłą rzeczy pojawiła się wtedy ta myśl – „gdybyś teraz była tam, gdzie planowałaś, to kręciło by ci się w głowie wyłącznie z samych pozytywnych powodów”. Pozytywnych? A ja się właśnie obawiałam, że to wcale takie mogłoby nie być. Ale to nieważne, bo myśl wsiadła i została. Nijak ją przegonić.

Wisienką na torcie była kolejna: „strach jest najgorszym złem tego świata”. I szach mat.

Jakby tego było mało dziś kolejny plan stanął na głowie. Dziecko chore, więc nici z ferii. Odwoływanie i przekładanie rezerwacji nie jest tym, co lubię, że się tak delikatnie wyrażę. W ogóle zresztą nie cierpię, jak moje plany się sypią. Pozostaje mi tylko nadzieja, że to w imię wyższego dobra. Że tak być musiało. I że wszystko jest po coś.

Ostatnio daję się poznać, jako zołza, hetera oraz apodyktyczna i kontrolująca wiedźma. Aj, ależ bym zapomniała! Przecież mam na to przyzwolenie, bo zostałam ceremonialnie uznana za toksyczną. Poza tym, to duma być wiedźmą!

Czuję, jakbym żyła w alternatywnej rzeczywistości i obserwowała tę drugą zza szyby. Moja inna „ja” zapewne siedziała w poniedziałek na miejscu dwadzieścia siedem przy oknie. W samolocie. Niecierpliwiła się i meldowała do tego, który na nią czekał, że start się opóźnia. Tak było. Nie kłamię.

Verified by MonsterInsights