Okrutna ze mnie pisarka
Są takie dni kiedy w ogóle nie wychodzę z domu. Nawet na chwilę, aby wyrzucić śmieci. I zazwyczaj takim dniem jest sobota, zwłaszcza ta bez dziecka. I taki oto dzień miałam dziś. Jestem z niego bardzo zadowolona.
A teraz dodatkowo jestem pełna ciężkich emocji po napisaniu kolejnego fragmentu w mojej trzeciej już powieści. Zawsze tak jest. Tak było i jest. W tych poprzednich i teraz. W każde słowo, zdanie i akapit wtłaczam ogromny ładunek emocjonalny. Pisząc, przenoszę się do świata moich bohaterów. Jestem tam z nimi i razem z nimi przeżywam. Przed oczami wyświetla mi się ich historia, jak film, a ja tylko to dokumentuję, jak protokolant w sądzie. Dziś spisałam wyjątkowo trudne doświadczenie swojego bohatera. Takie, co to łamie serce. Bardzo mu współczuję. Lecz nadal nie wiem, czy czeka go happy end.
Muszę to jakoś teraz odreagować. Obejrzeć coś lekkiego, zapalić świecie i kadzidło. Zaparzyć ziołowej herbaty, a potem urządzić sobie wrzącą kąpiel z pianą i muzyką. Okrutna ze mnie pisarka.
Lubię takie dni jak ten. Leniwie zbieram się z łóżka po dwunastej w południe, potem godzinę tkwię w łazience, by ukoronować tenże swój osobliwy „poranek” bogatym śniadaniem podczas seansu „Dlaczego ja” bądź innych trudnych spraw. Do życia zabieram się nie wcześniej jak po piętnastej. Wtedy zazwyczaj sprzątam. Czasem zdarzy mi się spacer do okolicznego Lidla, jeśli tylko wymyślę, co chcę jeść na obiad. Często nie wiem, na co mam apetyt, zatem to jest trudne zadanie. Czasem więc spędzam sobotni wieczór na gotowaniu czegoś wykwintnego, co uwielbiam robić, a czasem po prostu zjadam jakieś resztki z lodówki tak jak dziś. A potem przychodzi czas na drugą kawę, nierzadko po dwudziestej i na pisanie.
Tak oto przepuszczam życie przez palce, by potem móc się użalać nad sobą. I uważam, że to jest piękne.
Okrutna ze mnie pisarka.