Niewidzialne
Dzień Kobiet – mój ulubiony dzień do pisania mocnych tekstów. Mam nadzieję, że nie zawiodę. Nie, nie zawiodę. Pisanie to jedyna dziedzina mojego życia, w której czuję się bardzo pewnie. Jakbym robiła to od wieków.
Zacznę od tego, że raczej nie jestem feministką. A na pewno nie taką, która wpędzałaby kobiety na siłę do wszystkich męskich dziedzin. Ani taką, która będzie urządzała specjalne, cieplarniane warunki, by zachęcić i ośmielić kobiety do zmierzenia się z typowo męskimi zajęciami. W ogóle ten temat mnie odpala negatywnie. Uważam, że takie akcje stawiają kobiety, jako te słabsze, dlatego trzeba im pościelić na różowo tu i ówdzie, by odważyły się przyjść i spróbować. To tak, jakby im powiedzieć: „nie bój się maleńka istotko, ty też możesz pojąć zawiłości programowania albo fizyki kwantowej”. Nie spotkałam się z gorszą formą dyskryminacji kobiet niż właśnie tego typu wydarzenia. Przyznaję jednak, że po mistrzowsku to opakowano. Manipulacja godna najmroczniejszego Skorpiona.
Po wyjeździe do Maroka mój światopogląd uległ diametralnej zmianie. Otworzyłam dużo szerzej oczy. Przyjrzałam się bliżej kobietom w krajach muzułmańskich. Sporo zobaczyłam tam na miejscu i sporo potem doczytałam. I mój wniosek jest krótki – ja im zazdroszczę, że w tym chorym świecie nadal mogą być kobietami.
Bo ja nie mogę. My tutaj – w tym wielce lepszym świecie – nie możemy. Jesteśmy towarem, siłaczkami, mężczyznami w spódnicy. Zewsząd świat zmusza nas do dźwigania męskich ciężarów i wibrowania w męskiej energii. Czy nam się to podoba, czy nie – oczekują od nas płacenia rachunków, robienia zakupów, wychodzenia z inicjatywą, dźwigania ciężarów, przepuszczania w drzwiach, zarabiania pieniędzy, budowania kariery, a przy tym nadal klasycznego zajmowania się domem. Gdy jesteśmy młode i piękne to mamy szanse na dostrzeżenie, a po trzydziestce, no ewentualnie po trzydziestym piątym roku życia stajemy się niewidzialne. Stajemy się problematycznym odpadem, z którym społeczeństwo ma problem, bo już tak nie wyglądamy, jak kiedyś.
No więc my wariujemy – wpadamy w spiralę zabiegów medycyny estetycznej, wycieńczamy się na siłowniach, głodujemy albo jemy bezsmakowe kotlety z roślin (albo raczej chwastów?). Robimy masę rzeczy, by tylko nie być nijakimi i niewidocznymi. By nas nadal doceniano i kochano. Blokujemy swoje emocje, zakładamy maski klaunów albo najeżone kolcami zbroje, bo inaczej będą nas wyzywać od wariatek. Wysyłać na terapie i kazać się leczyć na nogi, bo na głowę już za późno. Dźwigamy więcej i więcej, żeby zaimponować męskiemu światu.
Ale możemy sobie dźwigać i stawać na rzęsach. Wiek i tak nas zdyskredytuje. Albo rozwód czy inny stygmat. Samotne matki, rozwódki, wdowy – nie mają szans na szacunek niezależnie od wyglądu i wieku. Żaden nie chce brać na siebie takiego „ciężaru”. Tak, „ciężaru”, ponieważ czyjeś dziecko to problem, czyjeś trudne doświadczenia to problem. Taka kobieta to jeden wielki problem. I żaden nawet nie zapyta o jej historię. Nie spróbuje choćby w ułamku zrozumieć. Bo po co? Sama taka rozmowa to zbyt duży wysiłek. Lepiej odpalić aplikację randkową i dalej szukać – przecież tyle czystych, ślicznych i młodych wokół, prawda?
Jestem kobietą w męskiej branży i kolejny rok z rzędu nie doczekałam się życzeń z okazji Dnia Kobiet. Jeszcze ze dwa lata temu były, więc pięknie widoczna jest dla mnie granica daty ważności kobiety – trzydzieści pięć lat. Potem znikasz. Jesteś niewidzialna.
Kiedy się rozwodziłam sześć lat temu sądziłam, że szybko zdołam odbudować swoje życie i założyć nową rodzinę, ponieważ byłam jeszcze całkiem młoda. Miałam trzydzieści jeden lat, zatem idealnie. Tymczasem tak się nie stało, a te mijające właśnie sześć lat to sześć lat totalnego rozczarowania mężczyznami. Totalnego. Rozczarowanie mężem, który swoją drogą mnie nie kochał, co tak dobitnie i w pełni uświadomiłam sobie zaledwie niedawno, ale o tym innym razem, to było bardzo malutkie rozczarowanie. Wręcz mikroskopijne. To, czego doświadczyłam po rozwodzie mogę określić jednym słowem – bagno. Albo może to tylko ja? Jakaś może przewrażliwiona jestem. Czy coś.
Kobiety w tym świecie, a przynajmniej w tej części świata, zostały odarte ze swojej kobiecości. Zabrano nam wszystko.
Pewnie powinnam swoim kolegom z zespołu kupić tulipanki. I czekoladki. I rajstopki.
Pewnie powinnam zapraszać na randki tych, którzy wpadli mi w oko.
Pewnie powinnam sobie wstrzyknąć jakiś botox w kilkunastu miejscach, żeby usłyszeć jakiś komplement.
I pewnie mogłabym tak wyliczać bez końca.
Kupiłam sobie kwiaty sama. Po raz kolejny zresztą. I już nie czuję się z tym dobrze. Chce mi się płakać.
Tak, chce mi się płakać. Przez ten cały popierdolony dzień.
Czuję się, jakbym leżała w trumnie i krzyczała, że ja jednak żyję, że jeszcze żyję i żeby ktoś otworzył to jebane wieko. Ale się przeterminowałam, więc mogę sobie tak krzyczeć i drapać pokrywę. Wyżywać się w tym czy innym tekście, lecz wiem, że „nikt mnie nie słyszy bo nikt mnie nie słucha i nikt nie widzi mojego odlatującego ducha”. Kocham ten cytat. Nigdy wcześniej tak dobrze ze mną nie rezonował.
Myślę nad jakimś dobrym podsumowaniem, ale co tu właściwie sumować? Brakuje mi w tej chwili słów i to chyba najlepsze podsumowanie tego, jak traktowane są kobiety w świecie, w którym żyję.