Na pełnym morzu

Ten stan… ups, czy to już było?

I znów widzę lustrzaną godzinę. To znak, by napisać coś sensownego, mimo że nie mam do napisania niczego sensownego. Od dłuższego już zresztą czasu. Powtarzam się, ciągle męczę jeden i ten sam temat, który zdaje się i tak nie mieć końca.

Ten stan, gdy przemykasz pomiędzy ludźmi i każde wyminięcie kogoś powoduje stres. Jakiś dziwny lęk. Nieco głośniejszy ton, krzyk albo śmiech dziecka, a ty czujesz fizyczny ból. To czuć, jak fizyczny ból, serio. Znów jestem wrażliwsza niż zazwyczaj. Kocham ten stan i go nienawidzę. Mogę jednak dzięki niemu pisać. Powieść dobija do końca i to jedyne, co mnie cieszy w tej zaistniałej sytuacji.

Pomimo senności nie zasypiam wcześniej, jak o pierwszej, w weekend to zwykle druga. A potem wstaję po może pięciu godzinach, chyba, że weekend – wtedy może się zrobić tych godzin nawet dwanaście. Kocham ten stan i go nienawidzę.

Zakładam słuchawki, które wyciszają wszystko z zewnątrz, odpalam ulubioną playlistę o nazwie „Desert love” i momentalnie zostaję znieczulona. Chodzę w takiej bezpiecznej bańce. Przechodnie stają się niegroźnym tłem. Mogę wreszcie spokojnie łapać kolejne oddechy, których częstotliwość i tak jest zbyt duża.

Jestem kłębkiem sprzeczności. Serce kocha i tęskni. Dusza krwawi. Rozum trzyma ostry reżim. A tylko wyobraźnia podłącza kroplówkę ze znieczuleniem. Przenosi tam, gdzie chciałabym być najbardziej na świecie. W to jedno miejsce na świecie tak odległe… Pod wpływem muzyki kreuje alternatywną rzeczywistość, z której najchętniej nigdy bym nie wychodziła.

I tak już zostanie na zawsze. Bo wyobraźnia nie potrafi podsunąć niczego innego. Tylko rozum wmawia te swoje teorie, że wszystko ma swój kres, nawet taki międzywymiar. Ale ja mu chyba nie ufam.

Czy ja w ogóle komuś ufam?

Płynę dalej, choć trwa sztorm. Udaję, że go nie widzę, nie słyszę i nie czuję.

Wprost na górę lodową? A nie, to już było.

Verified by MonsterInsights