Dolce Vita – odcinek pierwszy
Tego dnia od rana towarzyszył mi chaos i ogrom pracy. Wszyscy nagle sobie przypomnieli o moim istnieniu. A moja walizka już czekała spakowana, by tylko ją chwycić po ośmiu godzinach pracy i wyruszyć w świat.
Wyciągnęłam z szafy sportowe buty, które jeszcze były przybrudzone rudawym piaskiem Sahary. Buty pamiętające najbardziej znaczącą podróż w ostatnim czasie. Teraz miały mnie zabrać w kolejną. I zabrały. Poniosły niczym wiatr po w sumie czterech krajach. W tym do tego najważniejszego – magicznego.
Czy ja zwariowałam czy to wszystko mi się śni?
Najpierw Uber, potem pociąg, znów Uber i hotel. Blisko lotniska, aby móc zawczasu o świcie zjawić się na stanowisku odprawy. Już przywykłam do samotnych wyjazdów. Nic nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Tylko ten moment, kiedy siedzisz samemu w hotelu – to jak międzywymiar. Siedzisz i czekasz, aby przenieść się do innej rzeczywistości.
Nie cierpię wcześnie wstawać, ale kiedy wzywa mnie podróż – wtedy mogę nawet nie spać w nocy. Zwłaszcza, gdy się dopiero wyjeżdża. Gorzej wracając.
To uczucie, kiedy stajesz pod bramką, po wszystkich odprawach i kontrolach – połowa twoich problemów właśnie przestała istnieć. Druga połowa znika w chwili, gdy usiądziesz i zapniesz pasy. Od tego momentu zaczyna dziać się magia. Kierunek – Rzym Fiumicino.
Na pokładzie widzisz jakąś pielgrzymkę. Prężna i zwarta grupa ludzi w zestawach słuchawkowych, po czym łatwo ich rozróżnić. Średnia wieku na pewno nie mniejsza niż osiemdziesiąt lat. Patrzysz na ich siłę i determinację, i już wiesz, że jesteś starsza od nich. A przynajmniej duchem i przynajmniej było tak nim wkroczyłaś na lotnisko. Wyjazd ledwo się rozpoczął i pierwsza lekcja zaliczona. Wiek to tylko liczba.
Po wylądowaniu wszystko jakoś dziwnie łatwo szło. Od razu znalazłam drogę, od razu znalazłam swoją grupę wycieczkową i charyzmatycznego pilota. I poczułam ciepłe, południowe powietrze. Nabrałam go zachłannie w płuca. Jest dobrze.
I nawet jeszcze lepiej. Grupa liczyła zaledwie dwadzieścia siedem osób. Dwadzieścia siedem – jak data moich zbliżających się urodzin, które postanowiłam spędzić poza Polską, z obcymi ludźmi wokół. Nie było przez to problemu z miejscem w autokarze. Od koloru do wyboru. Oczywiście, że usiadłam wygodnie przy oknie. Sama, jak królowa.
Po może dwóch godzinach znaleźliśmy się w urokliwym Bagnoregio. Na wstępie długi spacer, by dojść do wielkiego mostu prowadzącego do wymarłego miasteczka na skale. Tak bardzo przypominało mi ksar Ait Ben Haddou, tylko architektura europejska. I mnóstwo kwiatów, roślin rozmaitych. Urokliwe uliczki z zaparkowanymi gdzieniegdzie skuterami. Wymarłe? Tam tętniło turystyczne życie. Prawdziwe, włoskie dolce vita!
Po obejściu każdego zakamarka i strzeleniu setek zdjęć, poczułam głód. Znalazłam zatem małą kafejkę, gdzie serwowano świeże panini. Kolejka długaśna. Za ladą przesympatyczne, starsze małżeństwo. Pan przygotowywał panini, a pani obsługiwała klientów. Wybrałam panini z porchettą. Było ogromne, hojnie naszpikowane świeżo skrojonym z wielkiego udźca mięsem. Smak przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Naprawdę się najadłam.
Spotkałam tam też grupę kobiet ze swojej wycieczki. Roześmiane, żywiołowe. Rzuciły się na to panini okupując niemalże całą knajpkę. Nie dało się ich nie zauważyć ani przejść obojętnie. Poczułam od nich wyjątkowo pozytywne wibracje. Jeszcze ich nie znałam, a już miałam wrażenie, że je lubię. Wkrótce okazało się, że się nie pomyliłam.
Bardzo szybko spostrzegłam, że we Włoszech mój angielski mogę sobie odstawić na półkę. Zaczęłam sobie przypominać hiszpański z liceum oraz telenowel, aby móc wyłapać kontekst mówionych do mnie słów. I tak samo zaczęłam przyswajać ich włoskie brzmienie oraz odpowiedniki. Kolejna lekcja – lekcja włoskiego.
No to zaczynamy przygodę! Choć w głowie i tak miałam tę następną. Tę niecnie zaplanowaną wycieczkę po wycieczce. Wyczekiwałam jej z ekscytacją i dziwną, trochę dziką radością.
Ciąg dalszy nastąpi…