Z włoskiego Dolce Vita do Marrakeszu

Dolce Vita – odcinek drugi

Do tej pory, kiedy decydowałam się na wycieczki objazdowe, to wybierałam opcję pojedynczego pokoju, pomimo że musiałam do niego dopłacić więcej. Niestety, single mają gorzej. Drożej. Tym razem chciałam zrobić to samo, ale cena dopłaty była naprawdę horrendalna. Dużo wyższa niż zazwyczaj. Bez większego żalu zatem zgodziłam się na dokwaterowanie.

Pamiętam jeszcze z wycieczki na Lofoty, kiedy to dopiero w Ålesund poznałam dwie fantastyczne babki, które powiedziały mi, że zawsze biorą opcję dokwaterowania, bo to świetna okazja do poznania nowych ludzi. No i że biura podróży zawsze tak dobierają ludzi, by po pierwsze byli tej samej płci – to jest absolutnie bezdyskusyjnie i oczywiste – ale poza tym starają się dopasować singli wiekiem. Dzięki temu można trafić na kogoś, z kim naprawdę uda się szybko złapać wspólny język oraz energię. Z kolei na wycieczce w Maroku dowiedziałam się od innych singielek o następnym, ważnym aspekcie bycia z kimś w pokoju. Mianowicie, mając współlokatora można wzajemnie się pilnować, by chociażby nie zaspać na zbiórki, by mieć z kimś chodzić w czasie wolnym, by się poratować w razie jakichś problemów oraz tak zwyczajnie, by mieć się do kogo odezwać. Jakoś nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy. Zawsze byłam samotną wilczycą, tkwiącą w przekonaniu, że choćby walił i palił się świat to ja muszę sobie poradzić sama. Nigdy nie pozwalałam sobie na słabości i brak samodyscypliny. Ale tak słuchając tych argumentów poczułam, że coś we mnie pęka. Że otwiera się inna perspektywa. Że ja przecież nie jestem sama, bo żyję pośród ludzi i nie mogę się od nich wiecznie odgradzać oraz brać na siebie absolutnie wszystkiego. Zdałam sobie po prostu sprawę, że mam w głowie toksyczny program. Gdzieś głęboko zakorzenione poczucie, że nikogo nie obchodzę i jeśli sama sobie nie poradzę to zwyczajnie przepadnę i nie będzie niczego.

Teraz, raz z oszczędności, ale zdecydowanie bardziej z prawdziwej chęci otwarcia się na świat i ludzi wybrałam opcję dokwaterowania. I bardzo się z tego cieszę, bo poznałam wspaniałą kobietę, a niedługo później całą resztę paczki, z którą przyjechała!

Czułam się wśród tych babeczek, jak nastolatka, bo one zarażały dokładnie taką energią. Tylko, że ja byłam z nich najmłodsza… Moja współlokatorka była ode mnie kilkanaście lat starsza, choć w ogóle nie było tego widać ani czuć. Ale kolejne panie to już średnia wieku sześćdziesiąt plus – dokładnie w wieku moich rodziców. Ja na serio przy nich odmłodniałam! Wiek to tylko liczba, co nie? Tak!

Drugi dzień i Portofino. Boskie, romantyczne Portofino. Kolorowe, skaliste, takie bardzo włoskie i takie do maksimum romantyczne. I zatłoczone. Malutkie, nadmorskie miasteczko, gdzie nie szło przejść by się o kogoś nie otrzeć. Co chwilę przybijające stateczki z kolejnymi masami ludzkimi. Tak wpływały i odpływały. Widok z klifu, na którym dumnie stała na straży morska latarnia, przypominał kadry z najpiękniejszych filmów o miłości, najsłodszych pocztówek z wakacji oraz tak po prostu emanował wibracją w stylu „Heaven is a place on Earth”. Błogość słowem.

Lody cytrynowe zjedzone w jednej z wąskich, stromych uliczek pomiędzy kolorowymi straganami. I serowa focaccia, świeża i gorąca, złapana na szybkości, by nie stracić czasu i zdążyć obejść każdy kąt.

W oczy rzucił mi się piękny, biały kapelusz z szerokim rondlem. Ozdobiony cudownymi, złotymi, dużymi i półokrągłymi ćwiekami. Taki stylowy, elegancki. Taki, co to pasowałby do Jacky Kennedy myślę. Albo Marylin Monroe. Już siebie w nim widziałam, lecz gdzież miałabym go schować? Do takiego wycieczkowego chodzenia by się nie nadawał – był zbyt szykowny i jednak mało praktyczny. A do walizki – zwyczajnie szkoda, bo pewnie by się pogniótł. Ech, no i do tego kosztował trochę za dużo. Zrezygnowałam i oczywiście teraz żałuję. Muszę tam jeszcze wrócić!

Co do pięniędzy – cały ten wyjazd to jeden wielki żart pod względem finansowym. Kiedy z konta schodziły kolejne euro to nawet się nie smuciłam. Śmiałam się ze swojego lekkiego ducha. Tak, bo ja znów wydałam ostatnie wolne pieniądze na wyjazd, który to na dodatek odbył się w tym najtrudniejszym tygodniu, kiedy od wypłaty minęło zbyt wiele czasu, a jeszcze więcej zostało do kolejnej.

Ale to nieważne. Nieważne, bo żadne pieniądze nie zastąpią tego, co zobaczyłam, czego doświadczyłam wszystkimi zmysłami i tego, co na nowo tchnęło we mnie życie. Wolę żyć pełnią życia z pustym kontem niż ocierać łzy banknotami!

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights