Dolce Vita – odcinek trzeci
Z Portofino i po drodze także z Rapallo wyruszyliśmy do Genui. Spędziliśmy w tamtejszym hotelu aż trzy noce z rzędu przemieszczając się stamtąd w parę kolejnych punktów na planie podróży. Póki co, czekał nas cały, długi dzień w mieście – stolicy Ligurii.
Na początku oprowadziła nas lokalna przewodniczka, Włoszka, która doskonale mówiła po polsku, ponieważ studiowała kiedyś filologię polską. Przyznam, jak i ona przyznała, że wybór tak egzotycznego kierunku studiów był zaskoczeniem pośród jej bliskich. Na co Włochowi filologia polska? Serio nie było ciekawszych filologii? Ale ona poszła nietypową ścieżką i dziś zarabia niemałe pieniądze pracując właśnie w turystyce z Polakami. Choć nie tylko tam. W każdym razie, wstrzeliła się w niszę i wygrała. Tak trzeba żyć – iść własną drogą, wyznaczać kierunki, a nie podążać ślepo za tłumem. A ja jako turystka przyznam, że to jest bardzo cenne usłyszeć od miejscowego ciekawostki na temat odwiedzanego miejsca we własnym języku. Żaden Polak nie opowiedziałby tak o Genui, jak rodowita Włoszka po polsku. I to jest piękne!
Dostaliśmy chyba pięć albo i więcej godzin czasu wolnego. Zatem razem z moją paczką siedmiu wspaniałych, silnych i niezależnych kobiet ruszyłyśmy na podbój miasta. Udało nam się zjeść pizzę, trofi al pesto, wypić pyszną włoską kawę, zrobić zakupy – dużo zakupów! A przy tym oczywiście narobić pełno zdjęć i jeszcze na koniec wsiąść do takiej obrotowej platformy widokowej, która była de facto windą unoszącą się wysoko nad miastem. Wlazłyśmy też na dach jednego z kościołów, skąd rozpościerał się równie piękny widok. Zaliczam ten czas do bardzo udanych.
Tak minął kolejny dzień i punkt ramowego programu wycieczki oraz nadszedł pierwszy z najważniejszych punktów mojego, osobistego planu. Dzień moich urodzin.
Tego dnia ruszyliśmy dalej na północ i zachód. Niestety, niebo zaszło dość gęstymi chmurami, na szczęście nie było z tego deszczu, a przynajmniej nie od razu i nie takiego z tych katastrofalnych, które pamiętam chociażby z Bergen. Temperatura była nadal wysoka i bardzo przyjemna na zwiedzanie. Właściwie idealna.
Wkroczyliśmy do Księstwa Monako. Mogłam poczuć się jak księżniczka przechadzając się po ogrodzie Grace Kelly, krążąc wokół pałacu albo odchodzącymi od niego wąskimi uliczkami. Potem przejechaliśmy do luksusowego Monte Carlo i nawet weszliśmy do słynnego kasyna. Tak tylko do hallu, turystycznie, bo któż by takich biedaków dopuścił do gry? Widziałam zewsząd przepych i luksusy. Butiki najdroższych marek modowych skupione na jednej ulicy – Louis Vuitton, Gucci, Prada, Balenciaga, McQueen, Chanel oraz wiele, wiele innych. I takich, co to nawet ich nie znam. Patrzyłam i w zasadzie nic nie czułam. Pamiętam, kiedy byłam w liceum na wycieczce szkolnej w Paryżu i tam też znaleźliśmy się w takiej części miasta z tego typu luksusowymi butikami. Wówczas byłam pod wrażeniem, czułam się taka malutka i nie dość dobra, by zasługiwać na takie dobra. A teraz? Uważam, że to przerost formy nad treścią i zwykła przesada. Nadawanie większej wartości czemuś, co jest tak ulotne – zwykła próżność. To nie są już moje wartości. Już nie czuję się nie dość dobra – to ten przepych jest dla mnie niedobry. To już nie jest moja bajka.
Z Księstwa przejechaliśmy dalej do Nicei. Plaża nad miastem przypominała mi tę w Agadirze. Taka wielka riwiera, wzdłuż której rosną palmy. Jak w Miami z filmów. Tam też dostaliśmy trochę czasu wolnego. Chciałyśmy koniecznie spróbować lokalnego przysmaku z anchois – tapenadę, lecz knajpka w której je serwowano z jakiegoś powodu wycofała tę pozycję z menu. Zatem biegałyśmy po mieście szukając innej. A czas leciał. I poleciał w końcu także deszcz. Spadła dość intensywna ściana wody, a my przemykałyśmy w biegu wąskimi uliczkami. Wreszcie musiałyśmy się schować do pierwszej napotkanej restauracji. Nie mieli tam tapenady, ale mieli całkiem zabawnego kelnera, sałatkę nicejską oraz gości z wrzeszczącymi na cały lokal, bezstresowo wychowanymi dziećmi.
I to było piękne.
Sałatka była wyborna! Wypiłam do niej wiśniową colę i ze spokojem spoglądałam na wrzeszczące obok dzieci oraz matkę, która nie była w stanie zapanować nad tym żywiołem. Współczułam jej i nie oceniałam, bo jaki to miałoby sens? Skupiłam się na chwili. Siedziałam w centrum Nicei, włosy wysychały mi po ciepłym, późnokwietniowym deszczu i zajadałam się najpyszniejszą sałatką nicejską w życiu. Smak anchois był taki intensywny, głęboki. Nie pamiętam, bym jadła tak dobre anchois kiedykolwiek wcześniej. Obok mnie siedziały roześmiane, żywiołowe kobietki, które poznałam zaledwie parę dni temu, a pośród których czułam się tak dobrze. Nikt nie wiedział, że ja właśnie w tej chwili świętuję. Chwytam chwile oraz pozytywne emocje. Słucham, obserwuję oraz zapisuję wspomnienia. By raz kiedyś móc do nich wrócić, w momencie mroku oraz zwątpienia, by tak po prostu się uśmiechnąć.
Moje myśli w tym dniu krążyły również po Maroku i nadchodzącym wyjeździe. A przede wszystkim tym, co on przyniesie. I co przyniesie ten mój właśnie rozpoczęty, nowy rok życia. Ukończone trzydzieści siedem i leci ósemka.
I co ja zrobię z tym swoim życiem? Co ja dalej z nim zrobię? I co teraz z nim robię? Co ja robię ze swoim życiem? To ostatnie pytanie zadawałam sobie kilkukrotnie, każdego dnia podczas tej wyprawy. A szczególnie podczas tego jednego lotu…
Ciąg dalszy nastąpi…