Z włoskiego Dolce Vita do Marrakeszu

Dolce Vita – odcinek czwarty

Z królewskiego Monako i później Nicei wróciliśmy do Włoch. Do naszego już całkiem zadomowionego hotelu w Genui. Czekała nas tam ostatnia noc. Nazajutrz spakowani wyruszyliśmy do La Spezii, by tam wsiąść na statek i popłynąć w rejs po Cinque Terre.

Pogoda tego dnia była fantastyczna. Do tego stopnia, że podczas rejsu słońce spaliło mi kark, ręce oraz skórę na głowie. Bo przecież wyśmiałam swój własny pomysł zabierania ze sobą jakiejś czapki bądź kapelusza, naiwnie sądząc, że dwadzieścia czy maksymalnie dwadzieścia cztery stopnie to nie jest żaden upał. Otóż, zależy gdzie. Może nie w Polsce, natomiast na południu Europy świeci nieco inne słońce. Te dwadzieścia stopni tam, to jak u nas trzydzieści w środku lata. Rzeknę zatem tylko tak – cieszę się, że nie spaliło mnie do tego stopnia, by wypadły mi włosy. Ale chyba mało brakowało.

Na szczęście widoki wynagrodziły cierpienie. Malownicze, kolorowe wioski przyklejone do skalistych klifów. I ludzie tak tam sobie żyją, jak gdyby nigdy nic. Jeszcze więcej wąskich, romantycznych uliczek, rosnących na drzewach cytryn, majestatycznych schodów i schodków oraz wyśmienitych frutti di mare.

W jednej z urokliwych knajpek kupiłyśmy sobie kartonowe rożki hojnie naszpikowane świeżymi owocami morza. Wyglądało i smakowało to po prostu obłędnie. Potem chciałyśmy wejść z tym do innej knajpki, by zamówić sobie coś do picia, ale oczywiście wyproszono nas z jedzeniem. No więc znalazłam w jednej z bocznych, wąziutkich uliczek długaśne schody, które stanowiły idealne miejsce do spoczynku. Co ważne – to miejsce było totalnie zacienione, więc moja skóra mogła odetchnąć. Tak więc rozłupywałam krewety siedząc sobie na tych schodach i spoglądałam na tłumy turystów spacerujących po głównej ulicy. To miało swój urok. A gdy już wszystkie zjadłyśmy, to wbiłyśmy na nowo do tamtej restauracji i zamówiłyśmy sobie napoje. Dziewczyny wybrały alkoholowe, a tylko ja się wyłamałam. Jak zresztą cały czas do tej pory. Trzymam się postanowienia, aby nie pić alkoholu i stwierdzam, że właściwie to już nie jest żadne postanowienie. To przychodzi mi bardzo naturalnie. Przestałam potrzebować tej substancji w swoim życiu. Tak zwyczajnie. Dzięki temu udało mi się odkryć lokalny napój o nazwie Crodino – to jak aperol, ale praktycznie w ogóle niesłodki, bardziej gorzkawy, ale tak przyjemnie. Orzeźwiająco. Słowem – rewelacja! Później dziewczyny szukały go po sklepach, zainspirowane moim odkryciem.

Po opłynięciu Cinque Terre wróciliśmy z ostatniej wioski do La Spezii pociągiem. Pociągiem, który się spóźnił i był obładowany niemalże, jak te w Indiach (nie byłam w Indiach, widziałam na filmikach i obrazkach rozmaitych). Nie narzekajmy zatem na nasze polskie PKP. Serio.

Wymęczeni słońcem i morską bryzą niemal od razu usnęliśmy w autobusie. Ale to nie był koniec atrakcji w tym dniu. Kolację wyjątkowo zjedliśmy w innym miejscu, niż zazwyczaj w hotelu. Mianowicie w lokalnej, toskańskiej winnicy. Najpierw ją zwiedzaliśmy wraz z właścicielką oraz jej dwoma, uroczymi i olbrzymimi psami – berneńczykami. Pokochałam te zwierzaki od pierwszego wejrzenia. Były tak miłe, że mój kot powinien się wybrać do nich na szkolenie, jak należy okazywać miłość człowiekowi. Mój Stefan używa do tego pazurów, a to chyba nie tak powinno działać. Cóż, w każdym razie bardziej swoją uwagę w tym momencie skupiałam na głaskaniu piesków niż słuchaniu opowieści o tym, że tylko ich produkty – zarówno wina, jak i oliwa – bo mieli też gaj oliwny – są jedyne i słuszne do spożycia. Przyznam, że ta właścicielka, swoją drogą Polka, która wyszła za Włocha, nie zrobiła na mnie tak pozytywnego wrażenia, jak jej pieski. Ja rozumiem, że wszystko, co naturalne jest lepsze, ale ona chyba używała zbyt dużej perswazji do wychwalania swoich produktów z naciskiem na zakup ich jak największej ilości. Jakby tylko ten zarobek się liczył. Takie odniosłam wrażenie, niestety.

Co jednak bardziej istotne, widok pola pełnego winorośli, na lekkim pagórku, a pośród nich błogo leżący jeden z piesków – ten widok zapamiętam na bardzo długo. Był on jakby wycięty z mojej głowy. No dobra, poza zwierzakiem. Ale generalnie dokładnie tak sobie wyobrażałam miejsce finałowej sceny z mojej najnowszej powieści – „Chłopak z pustyni”. Przeszły mnie ciarki. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że zobaczyłam to miejsce z tak wieloma szczegółami, jak chociażby padające promienie zachodzącego słońca, na dużo wcześniej niż się w nim znalazłam. Zobaczyłam je w głowie, jak zdjęcie. A potem nagle podczas wycieczki po Włoszech zawieźli mnie w dokładnie takie samo miejsce. Scena, którą tam sobie wyobraziłam, a potem opisałam w powieści to… to nawet nie jestem w stanie objąć słowami tego, co poczułam. Rozwałka emocjonalna totalna. Nie mogłam się potem skupić na degustacji oliwek, pesto czy suszonych pomidorów, bo wina i tak nie zamierzałam próbować. Nie mogłam się skupić na rozmowach z ludźmi ani na niczym innym. Tylko obraz tego pola i scena z powieści, którą pisałam pełna wzruszenia, trzęsącymi się dłońmi.

I tak oto moje myśli znów błyskawicznie zawędrowały do Maroka. I do Niego…

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights