Z włoskiego Dolce Vita do Marrakeszu

Dolce Vita – odcinek piąty

W szóstym dniu wycieczki odwiedziliśmy Pizę, a później Cortonę. Zobaczyłam słynną wieżę i zrobiłam sobie przy niej sporo zdjęć. Jest naprawdę krzywa. Zadziwiająco. Nie wiem, jakim cudem ona sobie tak po prostu jeszcze stoi – możliwe, że ten cud jest jakoś wspomagany. Zapewne mówiła nam o tym lokalna przewodniczka, lecz szczerze mówiąc – nie słuchałam jej. Sposób jej mówienia kompletnie do mnie nie trafiał, w przeciwieństwie do większości grupy, która sobie ją chwaliła. Ale ja nie jestem większość. Jestem przecież odmieńcem.

Tłumy pod wieżą były przerażające, choć i tak byliśmy tam bardzo wcześnie i te ilości ludzi, które napotkaliśmy to podobno jeszcze nic. Wystarczająco jednak dla mnie, by czuć przesyt i jakiś dyskomfort. Niełatwo było zrobić zdjęcie bez mistrzów drugiego planu. Choć w sumie nie zależało mi na tym, aby tych mistrzów nie było. Skoro to miejsce jest zazwyczaj przeludnione, to oszustwem byłoby pokazanie go bez ludzi. To miejsce po prostu jest, jakie jest, a więc takim trzeba je pokazać.

Mój wielki sukces w Pizie – kupiłam sobie kapelusz! Kolejnego dnia czekał na nas Rzym, więc wiedziałam, że albo teraz albo będę zbierała swoje popalone włosy po pokoju. No i szczęśliwie udało mi się kupić taki bardzo zgrabny i gustowny, a przy tym niezbyt drogi. Moja głowa nareszcie odetchnęła.

W tym dniu jednak zdecydowanie większe wrażenie zrobiła na mnie urokliwa Cortona. Może właśnie dlatego, że wolna od tłumów. Spokojne, małe miasteczko, nad którym króluje kościół świętej Małgorzaty i życie sobie, jakby wolniej płynie. A ja tam tę Małgorzatę poprosiłam o wsparcie, szczególnie w kontekście swojego niecnego planu. Odwiedziliśmy dotąd pełno kościołów pod patronatem rozmaitych świętych, ale to właśnie Małgorzata trafiła na mój grunt. Zapaliłam jej świeczuszkę i miałam nadzieję, że będzie nade mną czuwać. I czuwała.

Czas wolny w Cortonie spędziłyśmy dość artystycznie. Znalazłyśmy tam wystawę obrazów głównie Salvadora Dalego (mój ulubiony mistrz surrealizmu!), ale również i Picassa. Co ciekawe, obrazy były dostępne do zakupu. Za horrendalne tysiące euro, rzecz jasna, ale i tak miło było popatrzeć. Później gdzieś na mieście znalazłyśmy wyjątkowo fotogeniczną uliczkę, gdzie urządziłyśmy sobie sesję. Koleżanka pozowała tak namiętnie, że przechodzący obok Włoch ze swoją żoną wykrzyknął rozentuzjazmowany „Bella!”, a potem udawał, że żegna się z żoną i idzie do naszej gwiazdy. Było zabawnie!

Nie omieszkałyśmy również skosztować lodów, zwłaszcza, że było tego dnia bardzo duszno. Zbierały się ciemne chmury, jakby burzowe, stąd też to ciężkie powietrze. Lody były zatem doskonałą ulgą. Miałam na nie wielką ochotę, zatem kupiłam największą porcję. Dziewczyny poszły w moje ślady, a potem marudziły, że to jednak przesada, bo naprawdę nie szło ich zjeść. Były za to pyszne! Wybrałam pistacjowe i śmietankowe.

Czas minął szybko i udaliśmy się w dłuższy przejazd do Fiuggi. To tam mieliśmy spędzić dwie najbliższe noce. Poprawka – grupa miała tam spędzić dwie noce. Ja tylko jedną. To był mój ostatni pobyt w hotelu z grupą. Nazajutrz miałam się już z nimi pożegnać.

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights