Z włoskiego Dolce Vita do Marrakeszu

Dolce Vita – odcinek szósty

Rankiem po śniadaniu wyjechaliśmy z Fiuggi do Rzymu. Wszyscy zostawili swoje rzeczy w hotelu, a tylko ja zabrałam ze sobą walizkę. Biuro podróży oraz pilot wiedzieli od dawna. Na miejscu ustaliłam z nim tylko szczegóły mojego desantu. Póki co, zamierzałam spędzić ten dzień na planowym zwiedzaniu aż do samego wieczora.

I moje dziewczyny też się dowiedziały, aczkolwiek niemalże na ostatnią chwilę. Powiedziałam im zaledwie dzień wcześniej. Żal mi było ogłaszać im to zawczasu, bo zdążyłam się z nimi zżyć i nie chciałam, aby gdzieś w rozmowach majaczył temat rozstania. Poza tym, nie chciałam tak po prostu tych rozmów, dopytywania: „a dlaczego? a dokąd? a po co? a z kim?”. To była taka moja mała, słodka tajemnica, która czyniła mój plan jeszcze bardziej ekscytującym.

Jedynie, co powiedziałam tak odważnie i dość publicznie to słowa: „najpierw się pomodlę w Watykanie, a potem będę grzeszyć…”.

Cóż, tak naprawdę nie czuję, abym nagrzeszyła, bo „Love is never wrong”.

Wysiedliśmy pod Koloseum. Słońce już dawało się we znaki. Na szczęście miałam swój wspaniały kapelusz z Pizy. Tłumy ludzi zresztą też takie, jak w Pizie. Nie – dużo większe. Dostaliśmy tam czas wolny, aby wejść do środka, kto postanowił sobie wykupić bilety. Ja nie chciałam i w ogóle nie żałuję, bo ilość osób tam się tłoczących skutecznie zniechęciła mnie do dalszego przepychania się. Moje babki były tego samego zdania, więc tradycyjnie już porobiłyśmy sobie serię zdjęć z każdej strony budowli, a potem wyruszyłyśmy na poszukiwania przyjemnej knajpki i magnesów. Udało się jedno i drugie. A kawka i tiramisu w chłodnym miejscu były dla mnie zbawienne. Doładowałam się energetycznie, co mi się bardzo przydało. Czekał nas kilkunastokilometrowy przemarsz przez miasto.

Forum Romanum, Fontanna di Trevi, Plac Hiszpański i jego słynne schody ukwiecone azaliami, Panteon aż wreszcie na sam koniec Watykan. Rzym to takie, jakby miasto-muzeum. Ilość rzeźb, dzieł sztuki wszelakich oraz cała jego architektura to w pewnym sensie jakaś świętość. Muszę jednak przyznać, że taki spacer w jednym dniu to za dużo. Na dodatek w tłumie i skwarze. Trudno było w takich warunkach dobrze wszystko dostrzec i wchłonąć w pełni atmosferę miasta. Na sam koniec w Watykanie byłam tak zmęczona, że już praktycznie nie widziałam na oczy. Aczkolwiek tamtejszą atmosferę i tak dało się poczuć dość dobrze, pomimo zmęczenia. Cóż powiedzieć więcej – czuć respekt. Jak w kościele. Naprawdę dużym kościele!

I nadszedł moment rozstania. Niedaleko murów Watykanu podjechał po nas autobus. Grupa wsiadła, a ja tylko zabrałam swoją walizkę z bagażnika i parę drobiazgów, które zostawiłam na siedzeniu. Wzruszyłam się, bo dziewczyny zaśpiewały mi piosenkę pożegnalną, a cała reszta mnie wyściskała i życzyła powodzenia w dalszej podróży. Usłyszałam wiele miłych słów, które tak mocno mnie podbudowały. Wsparcie, żeby iść za głosem serca i chwytać życie za rogi. I się nie bać. To było piękne.

Odprowadziłam odjeżdżający autokar wzrokiem aż nie znikł za zakrętem. A potem udałam się na drugą stronę ulicy, gdzie znalazłam dogodne miejsce, gdzie mogłaby zaparkować taksówka. Po chwili zamówiłam ją przez aplikację. Kilkadziesiąt minut później byłam już po drugiej stronie miasta, tuż przy hotelu, w którym zabukowałam sobie nocleg dopiero po przylocie do Rzymu, czyli jakieś pięć albo sześć dni temu.

Ulokowałam się w pokoju, odświeżyłam i odpoczęłam. A potem zaczęłam przygotowywać walizkę do kolejnego wylotu, który czekał mnie na drugi dzień, późnym popołudniem.

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights