Z włoskiego Dolce Vita do Marrakeszu

Dolce Vita – odcinek siódmy

Pospałam długo. Potrzebowałam odpocząć i miałam na to czas. Mój samolot odlatywał dopiero o siedemnastej z Fiumicino. Dlatego też zostałam w hotelu niemal do samego końca doby, a i tak miałam przed sobą wiele godzin czekania. Jednak nie poszły one zupełnie na marne.

Za radą pilota wycieczki postanowiłam dotrzeć na lotnisko pociągiem. Do dworca Roma Termini miałam zaledwie parę kroków, więc bez większego wysiłku wybrałam się tam na pieszo z walizką. Ale takiego dworca to ja jeszcze nie widziałam! Termini jest potężne. Zupełnie, jak niejedno, wielkie lotnisko. Dosłownie – perony są uszeregowane pod numerami bramek. Trochę mi zajęło przeanalizowanie tablicy odjazdów, a później odnalezienie właściwego peronu po numerze bramki. Na szczęście te lotniskowe pociągi odjeżdżały zawsze z tego samego peronu. I na szczęście miałam zapas czasowy, aby to wszystko sobie na spokojnie przestudiować. Da się tam połapać – tak ostatecznie stwierdzam. Byle tylko się nie stresować.

Aczkolwiek lekki stresik mnie dopadł. Głównie z powodu osamotnienia. Przecież ostatnie dni spędzałam w grupie i to takiej bardzo przyjaznej oraz towarzyskiej grupie, a teraz nagle znalazłam się sama na wielkim Termini, w wielkim Rzymie i zamierzałam się udać na… inny kontynent! Co prawda byłam sama już od doby, ale świadomość, że moi ludzie właśnie zdążyli dolecieć do Polski mnie trochę jednak wyprowadziła z równowagi. Bo teraz byłam sama tak na serio – nie było w tym momencie w moim zasięgu nikogo znajomego, do kogo mogłabym się odezwać w razie kłopotów. Ale takie szalone decyzje to już chyba moja specjalność. To przerażało i ekscytowało jednocześnie.

Transfer na lotnisko poszedł gładko. Pociąg był punktualny, wygodny i przemieścił się bardzo szybko na miejsce. Gdy wysiadłam znalazłam się od razu na terminalu. Super wygoda! Nie musiałam się zastanawiać, jak teraz wkroczyć na lotnisko, bo już się na nim znalazłam. Potem równie sprawnie znalazłam stanowiska odprawy. Fiumicino potwierdziło moje pierwsze wrażenie – to ogromny port, ale bardzo intuicyjny. Mimo tej szerokiej przestrzeni uważam, że trudno tam się zgubić.

Mogłam się odprawić z dużym wyprzedzeniem i to też zrobiłam. Praktycznie bez kolejki, ekspresowo. Przebiłam się potem równie gładko przez odprawę paszportową no i wreszcie mogłam usiąść, zrelaksować się oraz zaczekać na numer bramki. Postanowiłam wykorzystać ten czas na dogadanie szczegółów zakwaterowania oraz obmyślenie w głowie spójnej wiadomości dla rodziców, którzy byli przekonani, że jestem już od dawna w Warszawie…

Zgodnie z tym, co sobie obiecałam zamierzałam ich poinformować dopiero wtedy, kiedy usiądę w samolocie. I tak też zrobiłam. Miejsce dwadzieścia siedem A, przy oknie. Umościłam się wygodnie, bo czekał mnie trzygodzinny lot. Lot w stronę zachodzącego słońca – lot do Marrakeszu!

Byłam z Nim ciągle na łączach to też przed wylotem czule się pożegnaliśmy pisząc sobie tym razem „do zobaczenia niedługo”. To przełomowe. Po ośmiu miesiącach móc sobie napisać coś takiego – czysta magia i niedowierzanie. Wzruszenie samo cisnęło łzy do oczu, ale i niewypowiedzianą radość.

Rodzicom napisałam, że zamierzam zostać dłużej w Rzymie, do trzeciego maja, kiedy to przylecę do Krakowa. Akurat idealnie mi się pokryły loty. Trzeciego maja około godziny jedenastej trzydzieści miały przylecieć do Krakowa dwa samoloty – jeden z Rzymu, a drugi z Marrakeszu. Tak więc uznałam, że to genialne i że ten plan nie ma słabych punktów!

Wiem, jak to brzmi. Dziecinnie. Ale nie miałam wyjścia. Ich niezrozumienie tej relacji i chęć kontroli mojego życia są tak silne, że chciałam po prostu chronić siebie, swoje emocje i to piękne uczucie, które ledwie kiełkuje, a już jest narażone na przeciwności losu oraz krzywdzące stereotypy. W tym przypadku wybrałam mniejsze zło. Wiedziałam, że gdybym powiedziała im prawdę o moim wyjeździe do Maroka i odłączeniu się od wycieczki, to zeszliby natychmiast na zawał. A w najlepszym przypadku uruchomiliby służby celne i detektywa Rutkowskiego, co to by miał za zadanie mnie ściągnąć natychmiast do Poznania nie przebierając w środkach.

Niestety, oni nie dali się tak łatwo nabrać. Zasłona Rzymem ich wcale nie uspokoiła. Ale o tym później.

Lot do Marrakeszu był bardzo spokojny i na czas. Co ciekawe, śmiejemy się z naszego narodu, że klaszcze w samolocie po wylądowaniu, szczególnie podczas lotów czarterowych na wczasy all inclusive, ale wiecie co? Włosi też klaszczą! I to nawet bardziej! I to podczas zwykłego, rejsowego lotu. Bądźmy zatem dla siebie życzliwsi, błagam…

Po wylądowaniu na słynnej Menarze byłam lekko wystraszona, ponieważ naczytałam się i nasłuchałam wiele o tym lotnisku – że jest potężne, że gigantyczne kolejki, że można się zgubić i spóźnić na lot. Co prawda, ten etap był dopiero przede mną – póki co musiałam zmierzyć się jedynie z kolejką do kontroli paszportowej. A tam trzeba było się nieco wyspowiadać ze swojego pobytu i nie powiem – stresik był. W każdym razie, zostałam szczęśliwie wpuszczona na teren tego pięknego kraju. A mój paszport wzbogacił się o kolejną pieczątkę.

Byłam nieźle zmęczona próbując złapać taksówkę, to też moje zdolności negocjacyjne względem ceny nie poszły najlepiej, ale też nie było tragedii. Najważniejsze, że ustaliłam ją przed trasą. A sama trasa to istne szaleństwo! Pan kierowca poprosił mnie o telefon z włączonym GPS na lokalizację mojego lokum i trzymał go sobie w lewej ręce, tuż przy otwartej na oścież szybie! Stojąc w korku zaczął sobie potem radośnie i ekspresyjnie rozmawiać z kierowcą innej taksówki. Tak więc oni sobie na luziku gawędzili, a ja tylko drżałam o swój telefon. Wystarczyło naprawdę niewiele, by wypadł mu z rąk prosto na szosę, pod koła jakiegoś samochodu. Ale potem zaczęłam się śmiać w duchu i mówić sobie: „Habibi, welcome to Morocco!” i naprawdę zrobiło mi się raźniej.

Dotarłam na miejsce. Znalazłam drzwi bez problemu, a kiedy zapukałam…

Wpadliśmy sobie w ramiona pełni radości oraz wzruszenia. I z tych ramion już się nie wypuściliśmy. Poczułam, że jestem w domu. Takim duchowym, psychicznym oraz fizycznym.

Lecz potem musiałam się skonfrontować z moimi rodzicami.

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights