Dolce Vita – odcinek ósmy
Roaming poza Unią Europejską staje się drogi, to też nauczona po sierpniowym wyjeździe, wykupiłam sobie wyłącznie pakiet internetowy do Maroka na wirtualnej karcie SIM. To oznaczało, że swoją, z przypisanym numerem telefonu, musiałam wyłączyć. A to z kolei oznaczało, że nie szło się do mnie dodzwonić inaczej aniżeli przez komunikatory internetowe.
Niestety, moi rodzice nie są w żaden sposób przyzwyczajeni, aby do mnie dzwonić przez internet. I to był ten jedyny szkopuł, o którym nie pomyślałam. Jak się okazuje, nawet idealne plany miewają swoje słabe punkty. Z drugiej strony, nie spodziewałam się, że nagle zapragną do mnie dzwonić, bo nie robili tego przez całą wycieczkę, gdy byłam we Włoszech! Przezornie nawet, będąc ostatni dzień w Rzymie, sama zadzwoniłam do matki licząc na to, że jej samej to później tak szybko nie przyjdzie do głowy. Ani tym bardziej ojcu, który dzwoni do mnie w zasadzie raz na ruski rok. Jak dobrze pójdzie.
Ale, jak to bywa w życiu – nagle ten jeden jedyny raz musiał się wydarzyć akurat w chwili, gdy przebywałam już poza zasięgiem. O zgrozo.
Nie miałam pojęcia, czy ktokolwiek się dobijał na mój numer, ale dostałam od nich napawające stresem i generalnie nieprzyjemnościami wiadomości na Messengerze. Wahałam się, co robić – czy jednak przełączyć się na drogi roaming i zadzwonić normalnie (narażając również ich na koszty), czy też zadzwonić z Messengera i tym samym zaryzykować, że się domyślą, gdzie jestem. Tylko, żeby się domyślić, to najpierw musieliby się mną lepiej interesować. Czytać tego bloga na przykład albo zarejestrować w pamięci, jak się ze mną kontaktowali, gdy byłam w Maroku ostatnim razem.
Tak więc, zadzwoniłam z Messengera i absolutnie nie wzbudziło to ich podejrzeń wobec mojego faktycznego miejsca pobytu. W zasadzie ich wzmożona czujność była spowodowana jedynie intuicją lub wyolbrzymianiem informacji, które im podałam – że postanowiłam zostać dłużej w Rzymie. Ba, nawet dodałam, że to randka z pilotem wycieczki, dla większej wiarygodności. Przecież taki partner dla mnie byłby dla nich świetną informacją, dlatego sądziłam, że będą skakać z radości, że ta stara zdziwaczała rozwódka wreszcie sobie kogoś znalazła.
Owszem, znalazła. Ale nie tego, kto pasowałby do ich wzorca. Na szczęście. On pasuje do mojego wzorca, bo ta zdziwaczała rozwódka po ciężkich latach wreszcie odkryła, kim naprawdę jest. I jak bardzo nie pasuje do schematów, w które od dziecka wciskano ją siłą.
Wideorozmowa z rodzicami przez Messengera była tragiczna. Nie zdążyłam nawet słowa powiedzieć, a już zostałam zwyzywana od idiotki. Nasłuchałam się i nie było to miłe. Poczułam się znów, jak smarkula, która nie ma do niczego prawa i musi potulnie słuchać rodziców. Właściwie nigdy nie pozwalali mi się czuć inaczej. Czego bym nie zrobiła, ciężko było otrzymać od nich jakiekolwiek zaufanie w to, że wiem, co robię. Może dlatego tym chętniej zaczynam robić coraz więcej szalonych rzeczy, bo to w tej chwili nie ma już dla mnie żadnego znaczenia – czy ja robię coś rozsądnego, czy nie – i tak nie ufają i nie będą ufali, będą krytykowali, zanim w ogóle usłyszą o szczegółach.
Mój M. choć nie rozumiał, co oni do mnie wykrzykują, to i tak był przerażony. Widząc jego minę jeszcze bardziej do mnie dotarło, jak paskudnie mnie potraktowali. Nie trzeba było znać języka, aby się domyślić i rozpoznać ciężkie, negatywne emocje. Było mi tak cholernie przykro i wstyd przed Nim.
Ale nie pozwoliłam, żeby ta chmura gradowa zniszczyła mi wyjazd i nasze długo wyczekiwane, i wytęsknione spotkanie. Sama nie wiem, skąd miałam nagle w sobie tyle siły i odporności psychicznej. Z chwilą zakończenia połączenia, wyłączyłam kompletnie ten temat. Ucięłam krótko przy dupie. I dalej cieszyłam się chwilą. Oraz kolejnymi, pięknymi chwilami. Z Nim. Mieliśmy ich tak niewiele. W zasadzie tylko jeden dzień.
Ta siła pochodziła z miłości. Proste.
Ciąg dalszy nastąpi…