Z włoskiego Dolce Vita do Marrakeszu

Dolce Vita – odcinek dziewiąty

Wrócę jeszcze tylko na chwilę do mojego lotu. Tego pierwszego w życiu do Maroka oraz tego drugiego. Gdy leciałam tam po raz pierwszy ze zorganizowaną wycieczką z biura, to wchodziłam na pokład samolotu, jakbym szła na skazanie. Byłam przerażona! I przez cały, czterogodzinny lot tylko sobie zadawałam w głowie pytanie: „Maroko, serio?!”. A teraz, lecąc tam po raz kolejny też sobie zadawałam w kółko jedno pytanie: „Ej, ale jazda, co ja robię ze swoim życiem? Jak to się stało, że to jedno spotkanie na pustyni doprowadziło mnie do tego momentu?”. I rozpierała mnie dzika radość. Aż nie wiem, jak to lepiej określić.

Z przerażenia do totalnej ekscytacji. Ze strachu do wolności. Ze zorganizowanej wycieczki z Polski do samodzielnej ucieczki z Rzymu do Marrakeszu. Poczułam, że ja naprawdę żyję. I że to co robię ze swoim życiem to jest dokładnie to, co powinnam z nim robić – chwytać momenty, dawać sobie szanse, przełamywać bariery, przekraczać granice – takie wszystkie, dosłowne i metaforyczne, pokonywać strach oraz wszelkie inne ograniczenia. Doświadczać. I kochać całym sercem!

Bliskość przyszła nam tak bardzo naturalnie. Jakbyśmy się znali od lat i od lat byli dobrym małżeństwem. Do tej pory nie mogę uwierzyć, jak to możliwe? Widocznie to tylko dowód na istnienie miłości od pierwszego wejrzenia. I prawdziwego połączenia dusz znających się od wieków. Chyba nie do końca wierzyłam, że takie rzeczy się zdarzają. Teraz nie mam żadnych wątpliwości.

Spotykamy wiele osób każdego dnia po raz pierwszy. Mija się ich na ulicy, w sklepie, gdziekolwiek. Ale rzadko zdarza się, że ktoś w tym tłumie tak po prostu nam się „zaświeci” w oczach. Przykuje spojrzenie na dłużej i odpowie swoim błyskiem w oku. Odkąd pamiętam to zawsze tak miałam, że spotykając osoby, które miały odegrać istotną rolę w moim życiu widziałam wokół nich jakiś blask, jakąś iskrę w oczach. Coś, co mnie w środku tak, jakby zatrzymało. Nie inaczej było wtedy, w sierpniu, na pustyni.

I ten jeden moment, ten jeden błysk sprawił, że jak gdyby nigdy nic siedziałam nagle we „włoskim” samolocie do Marrakeszu. Zupełnie sama i nie sama jednocześnie.

Leniwy poranek kolejnego dnia. Taki błogi. Pełne słońce wprosiło nam się do mieszkania. Było tak czule i spokojnie. Poszedł kupić coś na śniadanie. Gdy wrócił, rozsypałam się w środku. Przyniósł między innymi gorące, świeżutkie placki msemen oraz świeży chleb. Boże, jak to mnie wzruszyło! Ja nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Ktoś się o mnie zatroszczył, ktoś coś dla mnie zrobił, ktoś pomyślał o mnie i nie potrzebował żadnych instrukcji. To takie… nowe! Tak bardzo nowe, że aż nie umiałam tego udźwignąć. Nie bardzo wiedziałam, jak się zachować.

A na stole stał wazonik z czerwoną, pachnącą różą.

Może i drobiazg, ale tak potężnie znaczący.

Pamiętam początki naszego pisania ze sobą. Wtedy po raz pierwszy to poczułam – tak głęboko – powiedziałam wówczas: „Boże, on dotyka mojej duszy!”. I tak właśnie jest. On potrafi dotknąć mojej duszy we wszystkim, co robi i mówi. Nie spotkałam wcześniej nikogo takiego.

Słuchaliśmy muzyki, a ja poczułam się, jakbym znów miała dwadzieścia lat. Ależ on miał z tego satysfakcję! Bo faktycznie tak się czułam i zawsze przy nim miałam i mam wrażenie, że różnica wieku między nami nie istnieje. Jak i każda inna zresztą. A gdybym już miała wskazać na jakąś, to powiedziałabym, że to prędzej on jest starszy ode mnie. Tak mi się duchowo wydaje.

Po południu wybraliśmy się do centrum. Na słynny plac Jemaa el-Fnaa. I co? I oczywiście, że wypiliśmy razem sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Dokładnie tak, jak mi obiecał na przełomie sierpnia i września – że kiedyś razem będziemy w Marrakeszu i wypijemy sok z pomarańczy.

Ja tak bardzo wtedy nie wierzyłam. Myślałam sobie: „Co on wygaduje? To w zasadzie niemożliwe…”. A jednak możliwe.

Tak bardzo bałam się Marrakeszu jadąc na wycieczkę w sierpniu. Potem poczułam w tym mieście magię. A teraz czułam się tutaj absolutnie swobodnie, dobrze, tak spokojnie. I miałam u boku swojego prywatnego przewodnika oraz tłumacza.

Zrobiłam sobie piękny tatuaż z henny na ręce, kupiłam kremy różane, które kocha moja sucha skóra oraz obowiązkowo zdobyłam kolejnego już, pluszowego wielbłąda dla mojego dziecka. Tym razem takiego fancy, tęczowego, błyszczącego, typowo w jej stylu. A potem o mało znów się nie pobeczałam, jak zobaczyłam jego gest. Taki szlachetny. Taki szczery. Powiedziałam mu: „Wiesz, jesteś dużo młodszy ode mnie, ale jesteś prawdziwym mężczyzną”. To, co dla Niego jest normalnym, szlachetnym i dobrym zachowaniem, jest czymś nieosiągalnym przez mężczyzn z mojego świata i otoczenia. Oni nie dorastają mu do pięt.

Ark tirigh <3

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights