Zmień się, bo mi psujesz narrację
Jestem w takim stanie, że mam ochotę zionąć ogniem na każdego, kto powie mi, jak mam żyć. Kto tylko spróbuje znów mnie wcisnąć w jakąś sztywną formę własnych oczekiwań, stereotypów oraz tego, co wypada, a co nie oraz najważniejszego kryterium – co ludzie powiedzą.
Jestem w takim stanie, że wszystko, co fałszywe i zrodzone z poziomu ego mnie drażni, wywołuje silną reakcję alergiczną, ale jednocześnie wprawia w ubolewanie nad światem.
Jakie to uciążliwe żyć według czyiś oczekiwań. Jak bardzo to spala. Jak bardzo to nie ma sensu. Robiąc każdy krok, podejmując najmniejszą decyzję, w głowie nic tylko jedno pytanie, zadane w pełni strachu: „Co oni sobie o mnie pomyślą?”. I kolejne: „Czy jestem wystarczająco dobra/dobry?”.
To tak, jakby oddać ster swojego życia w czyjeś ręce. Jakby nigdy nie odciąć pępowiny. Stoisz tylko z boku i patrzysz, jak inni ludzie i ich oczekiwania układają twój los. A czas ucieka. I setki kolejnych wcieleń.
Wpuścilibyście do swojego domu obcych i pozwolili, by poprzestawiali wam meble, przemalowali ściany czy udekorowali salon? To dlaczego tak bardzo boicie się iść za głosem swojego serca? Czy to aby na pewno bardziej spokojne i komfortowe, by robić tak, jak wszyscy?
Strach jest najgorszym złem tego świata.
Bo zabija od środka. Trawi duszę.
I jeszcze ego. Ha, to to dopiero jest fenomen!
Czyż to nie jest kretyńskie, by budować wartość człowieka na podstawie rzeczy ulotnych? Dziś cię szanujemy bo jesteś bogaty, wpływowy, wykształcony i zdrowy, a jutro, kiedy to wszystko stracisz to staniesz się dla nas niewidzialny.
I teraz zabójczy mix:
Dziś cię kochamy bo jesteś grzeczną córką, chodzisz, co tydzień do kościoła, porządnie się zachowujesz i ubierasz, dbasz o dziecko i dom, masz męża, sprzątasz i gotujesz, zapraszasz gości na imieniny oraz wysyłasz kartki na święta.
Jutro będziesz dla nas niewidzialna, najchętniej byśmy się ciebie wyrzekli, bo się rozwiodłaś, wychowujesz dziecko w jakimś dziwacznym systemie opieki naprzemiennej, podróżujesz sama, nie chodzisz do kościoła, a na dodatek masz dużo młodszego faceta z kraju muzułmańskiego. I, o zgrozo, nie uznajesz imienin!
A gdzie jest człowiek?
Gdzie jestem ja?
Bliska i postronna osoba, powiedziała mi kiedyś, że gdy się urodziłam i byłam jeszcze niemowlakiem, to moja matka się dziwiła, że ma tak zdolne dziecko. Tak bardzo, że to do niej nie docierało, w pewnym sensie to wypierała – jak to możliwe, że ona jest moja?
Może faktycznie nie jest i nigdy nie była.
Ja chyba nigdy nie zostałam tak naprawdę zaakceptowana i przyjęta do tej rodziny. Stąd te moje myśli od lat się piętrzące, że jestem niewystarczająco dobra. I czego bym nie zrobiła, to nie będę. Stąd ten mój brak samoakceptacji, pierwsze myśli samobójcze w podstawówce, cięcie się po rękach w gimnazjum, epizody anorektyczno-depresyjne w liceum. Boże, jak mi to do dziś siedzi w głowie – taka scena – miałam może czternaście lat, pierwszy dzień miesiączki, z bólu wyłam i wymiotowałam, słabłam, a matka się tylko na mnie wydzierała i oskarżała o symulowanie. Tak, jakbym symulowała już wcześniej, żeby na przykład wymigać się od szkoły. A przecież nigdy nie sprawiałam im żadnych takich problemów.
Tak bardzo chciałam wyrwać się z domu, że zgodziłam się wyjść za mąż za człowieka, który zdążył mnie skrzywdzić zanim się oświadczył. A reszta historii jest już znana.
Chyba czas najwyższy rozwieść się z rodziną, która nigdy tak naprawdę nie była mi rodziną. Ja się do nich w życiu już nie dopasuję i nie mam zamiaru tego robić.
Cieszę się za to, że mam odwagę żyć swoim życiem. I tego każdemu życzę.