Na pełnym morzu,  On The Bright Side of Life

To jest magiczne. To jest potężne. To jest święte.

Dochodziła trzecia w nocy z poniedziałku na wtorek, a ja siedziałam na peronie z małą walizką i plecakiem czekając na pociąg do Krakowa. W mojej głowie było zamieszanie spowodowane ciężkimi emocjami moich rodziców, które wchłonęłam, bo taka moja uroda, że chłonę emocje innych. Wiedziałam jednak jedno – że to nie moje emocje. Te moje były w sercu, a ono było spokojne i bardzo zdeterminowane. Kraków nie był moją docelową destynacją – był tylko bramą. Aktualnie jedyną w tym kraju, z której można się dostać do Marrakeszu.

Po moim ostatnim partyzanckim desancie z Włoch do Maroka, tym razem postanowiłam wszystko szczerze powiedzieć. Ale szybko tego pożałowałam, bo suszono mi głowę chyba przez dobre dwa tygodnie. To było bardzo trudne i bardzo toksyczne. Wtedy skłamałam i zostałam zwyzywana za kłamstwa, a teraz gdy powiedziałam prawdę, to zostałam poddana usilnemu nawracaniu na czyjeś tory. Tylko, że te moje prowadziły do Krakowa na lotnisko i nie zamierzałam z nich zbaczać.

Powiedziałam im ostatecznie tak: „W najgorszym przypadku umrę, a przecież umrzeć można wszędzie” i to zdanie przyniosło jakąś dziwną ulgę.

Usnęłam szybko w pociągu, dlatego czas minął lekko. Kolejne kroki podróży szły równie płynnie. Bez problemu dostałam się na lotnisko, a tam odnalazłam wszystko, co trzeba. Zamówiłam sobie śniadanie, posiedziałam, pozbierałam siły, a po chwili już siedziałam w Ryanairze pisząc ukochanemu chyba najpiękniejsze i najcenniejsze zdanie, jakie w naszej odległościowej relacji możemy sobie napisać – „do zobaczenia niedługo”. Serce biło spokojnie. Myśli się poukładały. Dusza rosła. Żadnych szalonych pytań do samej siebie typu „serio?!” albo „co ja robię ze swoim życiem?”. Już nie. Tym razem było: „doskonale wiem, co robię i nie zamierzam się przed tym cofnąć, chociaż to może się wydawać szalone”.

Ta historia to największe zaskoczenie mojego życia pod wieloma względami. Tak zapatrywałam się na północ i sądziłam, że to północ Europy jest moim miejscem, lecz to nie o tę północ chodziło. Chodziło o północ, ale Afryki. I o szalenie przystojnego młodzieńca z ciemnymi oczami i cudownie kręconymi, czarnymi włosami, a nie tam o jakiegoś blondyna z blue eyes. Największy żart życia, największe zaskoczenie, największa moja osobista transformacja i najpiękniejsza historia miłosna, która zdecydowanie jest czymś więcej niż tylko wakacyjnym zauroczeniem. Nie sądziłabym, że czeka na mnie coś tak wspaniałego i niezwykłego. I tak mojego jednocześnie, chociaż nie od razu to widziałam. Bo nie było łatwo i jeszcze pewnie przez jakiś czas nie będzie. To miłość trudna, ale za to prawdziwa. Taka bez żadnych masek. Taka, która jest żywiołem. Żywiołem, przed którym nie było i nie ma ucieczki.

Moje serce i dusza kochają na sto procent. I mój dotąd na chłodno walczący umysł też kocha. Jest spójność. Jest harmonia.

Spędziliśmy razem w Maroku wspaniałe, niecałe cztery dni. To zdecydowanie za krótko, lecz póki co tylko tyle udało się wygospodarować. To i tak dłużej niż ostatnio, więc jest postęp. Czas tak szybko minął. Zawsze, gdy jesteśmy razem albo gdy ze sobą piszemy czy rozmawiamy przez internet, to on płynie, jak woda. Mamy wrażenie, że minęła minuta, a to parę godzin. Mamy wrażenie, że minął dzień, a to już trzy i trzeba pakować walizkę. Dopiero, co serce skakało z radości, a zaledwie po chwili rozrywa się z tęsknoty.

To jest magiczne. To jest potężne. To jest święte.

Nigdy się tak nie czułam. Nigdy tak nie kochałam. I nigdy tak nie byłam kochana.

Na pozór to nie miałoby prawa istnieć – tyle różnic, tyle przeszkód, tyle kontrowersji. I chyba właśnie dlatego to istnieje. Wbrew wszystkim i wszystkiemu. Wbrew znanym dotąd zasadom i stereotypom. To takie moje. To takie nasze.

To takie nasze.

Mogę już oficjalnie przyznać, że jestem w związku. Ale tak naprawdę więź zrodziła się już wtedy w sierpniu, na pustyni. Gdy stamtąd odjeżdżałam, czułam, jakby z mojego serca wychodziła jakaś niewidzialna lina i ona tak potwornie się rozciągała z każdym oddalonym kilometrem, a mnie to wręcz fizycznie bolało. Wraz z tym bólem płynęła niewytłumaczalna tęsknota. Logika nie była w stanie tego objąć. Sądziłam, że zwariowałam. Że zaszkodziła mi zbyt wysoka temperatura. Dziś wiem, że nie. Nie zwariowałam. Po prostu odnalazłam swoją bratnią duszę.

Nie w Norwegii. Nie w Skandynawii. Ani nie tutaj – nie w Polsce. W Maroku. Na pustyni.

Trzeba uważać, czego sobie życzymy, bo to się naprawdę spełnia. Ja zawsze chciałam miłości, jak z filmów i powieści, takiej prawdziwej do bólu i do bólu romantycznej. I mam. Dosłownie. Historia nawet jeszcze lepsza, jakiej w żadnym filmie bym nie zobaczyła. Historia prawdziwa – nie prosta. Dlatego właśnie do bólu romantyczna. Czekając tak na lotnisku myślałam sobie: „Widzisz kobieto, trzeba było sobie życzyć miłości prostej, a niej prawdziwej, to wtedy byś nie musiała lecieć kilku tysięcy kilometrów na inny kontynent.” i śmiałam się w duchu. Całe szczęście, że moja miłość jest prawdziwa, a nie prosta. To dzięki takiej miłości człowiek czuje, że żyje, że się rozwija, rośnie, że to wszystko serio ma sens.

My love, you are the greatest surprise in my whole life and I thank you for that. I love you to the Morocco and back and again and again and again… <3

Kiedyś sobie myślałam, że skoro tak dobrze sobie radzę ze wszystkim sama, to jeśli w końcu spotkam partnera, to będzie to oznaczało, że na świecie nadejdą ciężkie, wojenne czasy. No bo na takie czasy być samemu, nawet świetnie sobie radząc, będzie zbyt trudno. I niestety to się właśnie dzieje. Świat jest niespokojny. Z dwóch lokalnych wojen jedna właśnie wymknęła się spod kontroli i zatacza szersze kręgi. Ja spotkałam swoją miłość, a świat stanął u progu wojny światowej. Nie wiem zatem, co dalej z nami wszystkimi będzie. Co i ile jest i będzie nam dane. Jedno za to wiem na pewno – kocham i jestem kochana i pragnę o to walczyć, czerpać maksimum z każdej danej nam chwili. Choćby pod prąd, choćby wbrew całemu światu. No bo w najgorszym przypadku można umrzeć, a umrzeć można wszędzie. Nie marnujmy więc żadnej z chwil.

Mamy po dwadzieścia lat
Przed sobą cały świat
Przed sobą cały życia szmat
Więc jestem rad
Z każdego poranka i wieczoru
Dawno już dokonałem wyboru
I jestem dyspozytorem własnych torów

Verified by MonsterInsights