Depresja na all inclusive
To jest jakieś totalne szaleństwo. Nie rozumiem, co się ze mną stało. Naprawdę jestem inną osobą. Ostatni rok był dla mnie przełomowy i nie jestem w stanie tego wyprzeć. Zmieniłam się. A może właśnie doskonale to rozumiem?
Nowa świecka tradycja od jakichś czterech lat mojego życia to wyjazd na wakacje typu all inclusive w jakieś rajskie miejsce. Dla dziecka, bo to moje dziecko to wodny stwór – basen, morze, kąpiele od rana do wieczora i tylko tyle wystarczy do pełni szczęścia. No i ewentualnie jeszcze frytki z makaronem oraz lody. W tym roku padło na Turcję.
Chrystepanie nie wytrzymam
Przeżywałam istne katusze, kiedy musiałam stawiać się w konkretnym slocie czasowym w restauracji na śniadaniu. I rozpychać się łokciami przez dzikie, wygłodniałe tłumy innych wczasowiczów. Swoją drogą, chyba w sześćdziesięciu procentach Polaków. Można się było poczuć, jak na wakacjach w Mielnie bądź innym Kołobrzegu, gdyż język polski słyszało się dosłownie wszędzie i w każdej chwili. Ale te śniadania, obiady czy kolacje to jeszcze nic. Najgorszą traumą dla mnie było paradowanie w stroju kąpielowym przez prawie cały dzień. Nie mogłam na siebie patrzeć. Odezwały się we mnie wszystkie demony przeszłości. Widziałam siebie pięciokrotnie większą za każdym razem, gdy patrzyłam w lustro. Naszła mnie refleksja.
Jestem pokoleniem milenialsów, wychowanych w kulcie nieskazitelnych modelek, lalek Barbie i wszędzie bombardującą jedyną i słuszną kobiecą sylwetką we wymiarach 90-60-90. Jestem pokoleniem tych nastolatek, które się głodziły, obsesyjnie ćwiczyły albo wymiotowały po jedzeniu albo robiły wszystko na raz. Ja się głodziłam, liczyłam kalorie i ćwiczyłam, jak maszyna. Do tego stopnia, że zatrzymał mi się okres, na własnych żebrach mogłam grać, jak na harfie aż w końcu wylądowałam u psychiatry. A miałam od czternastu do osiemnastu lat. I wiecie co? To nigdy do końca się ze mnie nie wydostało. Ten demon ciągle we mnie siedzi, tylko lubi przysypiać. Ale od czasu do czasu się budzi. Teraz obudził się w Turcji na all in.
Nie zasługuję na miłość
Potęgowały się we mnie najgorsze myśli – że z takim ciałem powinnam się zakrywać, że z takim ciałem nie mam prawa się bawić i odpoczywać, że z takim ciałem na nic nie zasługuję. I ten najcięższy kaliber – że z takim ciałem nie zasługuję na miłość. Bo On taki młody i piękny, a ja taka stara i gruba. Bo te wszystkie dziewczyny i kobiety w tym hotelu takie zgrabne i seksowne, a tylko ja taka ropucha. Bo gdyby on tutaj ze mną był, to na pewno rozglądałby się za nimi, a na mnie patrzył z obrzydzeniem.
Leżałam skulona na leżaku, zasłonięta narzutką, w cieniu. Modliłam się tylko, aby moje dziecko wreszcie zechciało wyjść z wody i wrócić do pokoju. To nie był odpoczynek. To była walka o przetrwanie dnia.
Dnia, bo na szczęście potem przychodził wieczór, kiedy to już można było się ubrać normalnie i na przykład wybrać się na hotelowe przedstawienia w amfiteatrze. Bądź pospacerować brzegiem morza przy zachodzie słońca.
Piekielnego słońca, tak na marginesie. Niby tylko trzydzieści, trzydzieści parę stopni, ale czułam się fatalnie. Czułam się gorzej, jak przy ponad czterdziestu na marokańskiej pustyni lub w centrum Marrakeszu. Nie mogłam oddychać, czułam, że się palę. To było jakieś dziwne. To słońce było jakieś agresywne. Nieprzyjazne. Cholera, a może napromieniowane…?
Tak cierpiałam dziesięć dni
I nigdy się tak nie cieszyłam na lot powrotny do Polski. Ani na zastany na miejscu deszcz.
Wszystkiego było za dużo. Za dużo ludzi, za dużo hałasu, za dużo słońca, za dużo jedzenia, za dużo straconych pieniędzy. Przebodźcowałam się totalnie. Wysypałam się, jak kiepski kod. Ale i tak mogłam liczyć na Jego pełne wsparcie, ciepłe słowa, a nawet lekką zazdrość, która – muszę przyznać – była w jakimś stopniu budująca. To niesamowite, jak On może znosić mnie w takich dzikich stanach totalnej schizy. Bo ja siebie bym nie zniosła. Jestem, jak poplątany kłębek, a On cierpliwie podchodzi i tak po prostu rozplątuje. I się nie boi. Jezu, jak to możliwe?
Miałam plan, aby się ostro odchudzać po powrocie i nawet wczoraj prawie nic nie zjadłam. Ale dziś stwierdzam, że muszę tego anorektycznego demona uśpić. Ukradkiem podsypać mu jakieś prochy czy coś. Podstępem go wykończyć tak, jak on wykończył mnie. Na all inclusive w Turcji.