Sztorm

Kocham i przeklinam

„Ci wielcy ludzie im się udało
Wrzucić mnie w bagno, przygwoździć zdradą
Zabrakło światła i czasu brakło
A wszystko to w co tak wierzyłem raz na zawsze się rozpadło”

Retrograduje pół układu słonecznego, przypominają mi się stare piosenki i wróciła do mnie moja najbardziej ulubiona wersja depresji. Taka bez maski. Jedyne, co mnie uspokaja i odwraca myśli to praca. Więc zamykam się w jaskini i rzucam w pracoholizm. To mnie zawsze ratowało. Nieprzypadkowo pierwsze kroki po rozprawie rozwodowej skierowałam do biura.

Praca, którą jeszcze do niedawna chciałam rzucić, bo czułam się wypalona. I chyba nadal czuję się wypalona, ale to jest coś, co znam. A ja potrzebuję teraz stabilizacji emocjonalnej. Cokolwiek to znaczy. No bo się wysypałam, jak słaby kod. Przecież.

Potrzebuję planu B. Wiem, że nie dane mi jest odbudowanie rodziny, tylko jestem zbyt uparta, by w końcu się z tym pogodzić. Ta upartość to dar i przekleństwo. Śnią mi się sielankowe wizje, a potem patrzę na grunt, na którym stoję i gołym okiem widać, że nie ma najmniejszych szans, aby coś na nim urosło. Ale ja i tak mam w sobie tę wściekłą zapalczywość, aby się nie poddać. I to mnie spala najbardziej. Bo to nie jest zwykła zapalczywość. Kryje się za nią potężne poczucie niesprawiedliwości. Bo ja sobie na to nie zasłużyłam.

Nie zasłużyłam sobie, aby być ludzkim pośmiewiskiem. Żywym serialem z szalonymi zwrotami akcji, do którego wszyscy siadają z bezpiecznej odległości i zajadając popcorn zastanawiają się, co się tutaj jeszcze odpierdoli. Rechoczą, może obstawiają jakieś swoje zakłady, wieszają na mnie stado psów, jak na świątecznej, przysuchawej choince.

Nie zasłużyłam sobie, aby otrzymywać cierpienie w zamian za poniesione cierpienie.

Nie zasłużyłam sobie na zawiść, bo śmiałam zrobić coś nieprzeciętnego, jak na przykład napisać powieść.

Powieść, która urodziła się z cholernie trudnych emocji i doświadczeń. Powieść, która była moim jedynym ratunkiem przed jeszcze silniejszą depresją. Rzekłam tutaj kiedyś – że ja sobie marzę o tym, aby pewnego dnia już po prostu nie musieć pisać. Bo pisanie to moja jedyna skuteczna terapia i ja kurwa naprawdę marzę o tym, aby nie musieć już nigdy żadnej terapii stosować.

Tak więc, nie wiem, czy jest tutaj czego zazdrościć.

Kocham człowieka, który był mi inspiracją. Kocham go nadal całym sercem, ale ta miłość nie może się spełnić, bo wtedy zabije nas oboje. Rzekłam tutaj kiedyś również, że czasem największym dowodem miłości jest puszczenie jej wolno. I to właśnie robię, mimo że moje serce rozpadło się na milion kawałków. Nigdy w życiu nie wybaczyłabym sobie, aby ten związek doprowadził do krzywdy ukochanego.

To jest święte – ta historia, nasza relacja, nasze emocje, dlatego przeklinam z tego miejsca wszystkich, którzy robią sobie z tego pośmiewisko czy jakąś pożywkę! Mam nadzieję, że takich osób nie ma, lecz jeśli są, a czuję, że są, to ku waszej pamięci – życie jest pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji i nic nie jest nam dane na zawsze.

Verified by MonsterInsights