Feniks
Jestem duchem. Umarłam po raz kolejny, a teraz sunę nad ziemią, lekka i wolna. Kolejny cykl transformacji za mną. Czekam cierpliwie na odrodzenie, ale póki co czerpię garściami z aktualnego stanu.
Retro Merkurego tym razem bardzo mi sprzyja. Wycofałam się, przygasiłam, schowałam w social mediach. Jestem niewidzialna i patrzę z ukrycia. To mi daje niesamowitą ulgę. Koi nerwy, które znów popadły w nakręcającą się spiralę negatywności. Na nowo słucham metalu i power metalu oraz patrzę na północ. Ostatnie chłody przywołały pełnowymiarową jesień, która otuliła mnie swoim bezpiecznym kocem. W ciszy wieczoru. Przy świecach, kadzidle oraz ciepłej herbacie.
Nie czuję potrzeby tak częstego pisania ani innego manifestowania wszem i wobec, co mi w duszy gra. A w sumie sama nawet nie wiem, co gra. Patrzę na tu i teraz. Żyję chwilą bieżącą. Nie myślę ani o przeszłości ani o przyszłości. Skupiam się na tym, co jest. A resztę wpuszczam i wypuszczam. Jakbym była tylko nośnikiem.
To daję taką lekkość. Taką cholerną lekkość.
Złego diabli nie biorą.
– Dzień dobry, jestem egzorcystą. Przyszedłem wygonić demona, który panią opętał.
– Ale ja do pana nie dzwoniłam.
– To ja dzwoniłem… – odezwał się nieśmiało demon.