Game over
Przegrałam. Pisałam o wielkiej miłości, o uczuciu ponad podziałami, które nie zna granic. Pisałam, spróbowałam, dałam temu szansę, przeżywałam całą duszą, a potem się poddałam. Nie obroniłam tego. Padłam bezsilnie na ryj.
Nie wiem do tej pory, co się stało. Żyję teraz tak, jakbym była obserwatorem swojego życia. Kłóciłam się ze stereotypami, a teraz upchnęłam całą siebie w te sztywne ramy, włączyłam autopilota, stanęłam z boku i tak sobie patrzę, jak przetaczam się z dnia na dzień. Bo trudno to nazwać życiem.
Przegrałam.
Jestem już stara, spoglądam za siebie i widzę czas, który upłynął, a wraz z nim szanse. Powinnam być teraz w zupełnie innym miejscu. Zamiast tego tkwię w martwym punkcie i przyjmuję kolejne ciosy. Jakbym ponosiła karę za to, że pewnego dnia postanowiłam zawalczyć o lepsze życie. I ponoszę tę karę albo to może właśnie ciągle jest ta walka? Nie rozróżniam już, bo tylko obrywam. I przegrywam.
Trafiam z deszczu pod rynnę.
Jutro minie dokładnie rok od mojego pierwszego wyjazdu do Maroka.
Przegrałam.