Na pełnym morzu

Niczego nie żałuję

Co robi pisarka, kiedy nie pisze? Żyje w kołowrotku, żeby zarabiać pieniądze, bo oczywiście wszem i wobec wiadomo, że z pisania można zyskać jedynie wieczną chwałę. Aż. Dobra, dość już tego sarkazmu. Poprzedni wpis był nim naszpikowany po brzegi tak, że się ulewało. Oczywiście, że to był stek bzdur.

Nie mogłabym tak żyć, jak to napisałam, że zamierzam. Zwłaszcza teraz – kiedy świat wkracza, czy też może już wkroczył w wielką, światową wojnę. Będzie wystarczająco ciężkich czasów, by się uskromnić, więc póki jeszcze mam sekundę to nie zamierzam jej marnować na umartwianie się i odziewanie w szarości.

Wracam wspomnieniami do wiosny – do moich podróży. Do grupy wspaniałych kobiet z Augustowa i okolic, które poznałam we Włoszech. Taki smutek mnie naszedł, bo niewiadomo, jak długo jeszcze ich rejon będzie polski…

Wracam oczywiście myślami do Maroka. Nieustannie. I do Niego. Boże, jak ja bardzo niczego nie żałuję! Nawet tego, że musiałam to skończyć. Zwłaszcza teraz. No bo jak mogłabym ściągać człowieka do kraju, który za chwilę będzie w stanie wojny? Jak ja sama miałabym latać, kiedy niebo wkrótce pokryje się ogniem…?

Mieszkam w pobliżu bazy wojskowej. Tamtej nocy słyszałam odrzutowce o nietypowej godzinie. Skoro mieszkam tak blisko, to intuicyjnie wiem, kiedy mają ćwiczenia, bo ich hałasy zapisują się w codziennym harmonogramie, czy się tego chce czy nie. A wtedy wiedziałam i czułam, że to nie są ćwiczenia. Że coś jest nie tak. Godzina była jakaś dziwna i nawet dźwięki silników jakieś takie inne.

To zapewne tylko delikatny początek.

Pomyślałam, że gdy baza zostanie zaatakowana, to pewnie umrę. I przyjęłam tę myśl nad wyraz spokojnie. Wróciłam znów myślami do Maroka. Zobaczyłam jego piękne, uśmiechnięte oczy, jak spróbował obiadu, który ugotowałam. Zobaczyłam, jak zmywał naczynia. Nie wiem, czemu ta scena tak bardzo mi utkwiła w głowie. Tak… ja naprawdę niczego nie żałuję. Z takimi wspomnieniami mogę umierać w spokoju.

A wcześniej zamierzam żyć pełnią życia. Ubierać się tak, jak nie wypada prawie czterdziestolatce. Pisać w opór, co mi myśli do łba przyniosą. Śpiewać i nagrywać kolejne karaoke w środku nocy. Jeść ostre czipsy o nieprzyzwoitej godzinie i nie liczyć żadnych kalorii.

Albo tak jak teraz – modlić się do „Maryjki”. Szukałam jej nerwowo na półce. Jesień, więc powinna się pojawić. Już myślałam, że wykupiona, aż nagle – jest! Liebfraumilch – Królowo Polski, módl się za nami!

No także tak…

Pókim żywa, będę pisać. Choćbym miała to robić po ciemku, w bunkrze, używając klasycznego zeszyciku i długopisu.

Verified by MonsterInsights