Na pełnym morzu

Myśli niedokończone

Myśl, która przyświeca mi w tym tygodniu – że przeważnie wszystkie nieszczęścia, które nas spotykają wywołujemy sobie sami. Tak samo, jak i te dobre zdarzenia. Bo nasze myśli mają moc. Wystarczy tylko w coś dostatecznie mocno uwierzyć. Lub dostatecznie mocno się tego bać, bo strach ma potężną siłę. I jest największym złem tego świata.

Uwierzyć, czyli tchnąć w to emocje. A strach przecież jest mocarną emocją. Nie wolno się bać. Ani podsycać negatywami. Chyba, że chcemy smutnego życia. To jest proste, jak konstrukcja cepa – pozytywne emocje przyciągają pozytywne zdarzenia, a negatywne to, co negatywne. Kolejna Ameryka odkryta. Ciągnie swój do swego. Tyle.

Tylko, że te nasze niecne dusze są ciekawskie. Niebezpiecznie ciekawskie poznania różnego rodzaju wrażeń. Całej ich palety, a może nawet w szczególności tej ciemniejszej strony, gdyż jasna jest w tamtym wymiarze, zatem znają ją aż nadto. Będziemy zatem się bać, smucić, błądzić, podejmować głupie i nieodpowiedzialne decyzje. A przynajmniej tak od czasu do czasu, by nie powiało nudą. Nuda i obojętność są najgorsze – to marnowanie czasu tu na Ziemi. Schodzimy po to, by zgarnąć, jak najwięcej doświadczeń, a nie siedzieć i pachnieć.

I to jest w sumie ciekawe – sam sobie nabałaganisz tylko po to, aby potem mieć satysfakcję ze sprzątania. A wcześniej z taplania się w syfie. I tak w kółko.

Gdy byłam dzieckiem bawiłam się na podwórku z innymi dziećmi. Uwielbiałam zbierać ślimaki. Tego dnia znalazłam dwa, małe, z kolorowymi muszlami. Cieszyłam się, jak nie wiem! Zrobiłam im coś w rodzaju domku, przyniosłam jakiegoś zielska do jedzenia. Mój kolega bawił się ze mną i wtórował we wszystkim, co robiłam. W pewnej chwili, gdy już zabawa zaczęła być dość monotonna, rzuciłam hasło, aby rozdeptać te ślimaki. Z taką dziką, złowrogą radością. Kolega się dziwił, ale chwilę potem ucieszył zarażony moją radochą. No i razem naskoczyliśmy na ślimaczki równając je z ziemią. I wtedy, jak ujrzałam je takie zgniecione, zaczęłam płakać. Kolega znów się zdziwił: „Przecież sama tak chciałaś” – powiedział. A jak to powiedział, ja uznałam, że to jego wina. Zaczęłam go oskarżać o rozdeptanie ślimaków i rozgłosiłam innym dzieciom, jaki z niego okrutnik. On był strasznie zdezorientowany i zły. Nie rozumiał o co mi chodzi. Ja jednak miałam tyle do roboty – przeprowadzenie procesu nad kolegą razem z innymi dziećmi by się zastanowić, jak go ukarać, następnie zaplanować każdy szczegół pogrzebu ślimaczków. W zabawie zadział się nieoczekiwany zwrot akcji i nagle przestała być monotonna.

Jestem potworem?

Mam wyrzuty sumienia wobec tych ślimaczków do dziś. A minęło może ze trzydzieści lat. Co do kolegi – niebardzo, bo on nie miał swojego zdania. Ślepo podążał za mną w zabawie i przez to w jakimś stopniu stracił mój szacunek.

Jestem potworem?

Tak. Takim samym, jak każdy z nas. Każdy ma ten swój dark side. I od czasu do czasu go używa. Mniej lub bardziej świadomie. Bo chce, bo nie chce, ale tak wyjdzie, bo jakoś tak nudno.

Jesteśmy kreatorami swojego losu. Tak fizycznie, w sile naszych rąk i naszej pracy oraz może przede wszystkim tak duchowo – w sile naszych myśli. Zatem – twórzmy. Twórzmy swoją unikalną historię, nie podpatrując od nikogo, by to miało sens. Twórzmy – z całą paletą barw, bo czarny to też kolor. I sprzątajmy to, co wokół siebie napaćkamy. Tylko po to, by znów nabrudzić – ale za kolejnym razem w inny sposób. Cokolwiek, byle tylko na końcu być dumnym i spokojnym, że nasze dzieło jest zacne i piękne w swej niedoskonałości. Że możemy tam wrócić spełnieni.

Verified by MonsterInsights