Muzyka mojego życia
Z trudem staczam się z łóżka po tym, jak budzik zadzwonił drugi raz po ustawionej drzemce. Całkiem ciemno, zimno, pochmurnie. Witamy w piździerniku. Uchylam okno i dostaję z liścia po twarzy powietrzem mroźnym, jak oddech Królowej Śniegu. Myślę sobie, że to chyba od niedawna mój ulubiony miesiąc – bo taki barwny i mroczny jednocześnie. Raz złoto i kolorowo, za chwilę ostry podmuch zamienia cię w bryłę lodu, a ponure wieczory wpędzają w epicką depresję. Październik jest tak samo chimeryczny i skrajny, jak ja. Kocham.
Docieram do biura z przewianym uchem. Żałuję w tym momencie, że nie wygrzebałam z szafy opaski albo, że przynajmniej nie wcisnęłam sobie w uszy słuchawek. Bo miałam je w torebce. Bo zazwyczaj słucham muzyki w drodze do i z pracy. Tylko, że ten ostry poranek nastawił mnie bardzo refleksyjnie. Siedziałam w tramwaju odcięta od rzeczywistości, a w mojej głowie wybrzmiewała bardzo ciekawa filozoficzna dyskusja. Słyszałam ją tak wyraźnie, jakbym miała włączony jakiś podkast. A to tylko moje myśli. I to tak nawet jeszcze przed poranną kawą.
Tak strasznie nie chciało mi się pracować. Piłam kawę powolnie i maksymalnie odwlekałam ten moment, kiedy będę musiała się skupić nad zadaniem. Niestety – on musiał w końcu nastąpić. Po paru godzinach przerwa na kolejną kawę. I jeszcze ważne spotkanie. Byłam po nim wyczerpana. Tak jak mój dzienny limit kaw. Walczyłam, by nie zasnąć na biurku. A potem minął krytyczny moment i nagle odzyskałam siły. Tylko ludzie obok strasznie głośno rozmawiali. Niby strefa ciszy, a oni gadali donośnym tonem, zdawać by się mogło, że w nieskończoność. Nagle zaczęło mnie to drażnić. Tak dużo bardziej niż rano. Ten hałas po pewnym czasie zaczął sprawiać mi ból. Sięgnęłam wreszcie po słuchawki. Uruchomiłam w nich tryb maksymalnego wyciszenia dźwięków z zewnątrz. Boże, jaka ulga! Jakby ktoś w sekundzie zdjął ze mnie stukilowy plecak i ciężkie buty? Coś w ten deseń. Odpaliłam listę ulubionych utworów – losowo. Mam ich tam chyba sześćset, więc lista potrafi mnie zaskoczyć.
Wchodzę w trans i wykonuję nudne zadanie. Nagle załącza się piosenka z Outlandera, którą dodałam do ulubionych dobre pięć lat temu – stara, szkocka pieśń „Moch sa Mhadainn”. Momentalnie ukazał mi się przed oczami obraz wspomnienia z nią związanego – chwila zakupu samochodu oraz moja pierwsza jazda nim. Od razu po tym, jak zasiadłam za kierownicą zsynchronizowałam go z telefonem i uruchomiłam Spotify. I to właśnie ten utwór zagrał jako pierwszy z głośników mojej Rakiety. Byłam wtedy taka szczęśliwa, całkiem również przestraszona tym, czy będę potrafiła tę furę szczęśliwie doprowadzić do domu, ale jednocześnie niesamowicie z siebie dumna. Bo kupiłam sama samochód. Z malutkim dzieckiem i w szpileczkach przyjechałam do komisu oznajmiając panom, że jestem zainteresowana tym konkretnym autem. Patrzyli na mnie z powątpiewaniem, choć oczywiście starali się zachować profesjonalizm. Ja byłam w środku przestraszona, ale cholernie zdeterminowana. Kredyt wyklikałam w aplikacji bankowej, chwilę później zrobiłam przelew i dzień później przyjechałam po odbiór. A swoją starą astrę zostawiłam w rozliczeniu. Można powiedzieć, że kupiłam samochód, jak bułki o poranku.
Piosenka trwała, ja klikałam dalej to nudne zadanie i uśmiechałam się od ucha do ucha, bo moja wewnętrzna ja przeżywała od nowa moment odbioru Rakiety.
Po szkockiej pieśni, Spotify postanowił zaserwować mi niezły plot twist – tym razem padło na utwór, który jest na liście od niedawna. Gims i jego „Carre Ok”. I znów uderzenie wspomnienia. Dużo bardziej silniejszego. Czerwiec roku pańskiego dwa tysiące dwudziestego piątego. Marrakesz, Maroko. Piękny apartament, włączona muzyka – m.in. Gimsa oraz On. I bomba na mnie spadła. W oczach pojawiły się łzy. Chyba jeszcze nikt na świecie tak bardzo nie wzruszał się siedząc nad Excelem, jak ja w tamtej chwili. Potem zobaczyłam wspólną wycieczkę do Essaoury, koncert muzyki etnicznej, tłumy wspaniałych ludzi, wesele, na które zaproszono nas z ulicy, smak świeżej dorady i krewetek, wspólne siedzenie na szerokiej i piaszczystej plaży albo na skałkach, patrząc jak oceaniczne fale wdzierają się na brzeg. Jego ręka podana w tłumie.
Wyłączyłam komputer i poszłam na tramwaj. Koniec tej roboty nareszcie.
Tramwaj nie pomógł. Przystanek – jeden z ostatnich. Na wiacie przystankowej ogromny plakat reklamowy. Biuro podróży – a jakże, oczywiście, że Rainbow! Na plakacie młody Amazigh siedzący na piaszczystej wydmie. Podpis: „Maroko – Królestwo Światła. Wyloty z Poznania”. Szach i mat.
Tramwaj ruszył dalej, a ja przyklejona do szyby odwracałam głowę tak długo, dopóki plakat nie zniknął mi z pola widzenia.
Otrząsnęłam się jakoś. Wysiadłam na pętli i wraz z tłumem ludzi szłam dalej na autobus. Po pewnym czasie dostrzegłam, że jeden facet idzie tak jakoś równo obok mnie. Pomyślałam, że widocznie mamy to samo tempo chodu. Za chwilę wyprzedza nas dwójka nastolatków – jeden z nich miał chyba ze trzy metry wzrostu! Przysięgam! Uniosłam głowę do góry i jeszcze bardziej do góry, i poczułam się, jak mrówka. Mimo, że miałam w butach prawie metr siedemdziesiąt. Ledwie wyszłam ze zdziwienia, a facet, co kroczył równo ze mną zaczął coś do mnie mówić. Tylko, że ja miałam słuchawki, a w nich tym razem ostry, islandzki metal symfoniczny – „Aras” od Skalmold i Iceland Symphony Orchestra. Ściągam jedną słuchawkę, aby zrozumieć, co on do mnie mówi. A on mówi: „ja tylko chciałem powiedzieć, że jest pani najpiękniejszą kobietą jaką widziałem”. I znów bomba, szach mat i szok wszechogarniający. Uśmiechnęłam się, podziękowałam no i dodałam, że się spieszę na autobus, bo sto dziewięćdziesiąt cztery miał odjazd za niecałe dwie minutki…
Najpierw pomyślałam, że był pijany. Potem, że może chciał mnie okraść. A na koniec, że to może ruski szpieg i mi gdzieś podsłuch podłożył. Taka oto rzeczywistość w czasach wojenno-popandemicznych. Tak czy inaczej – naprawdę zrobiło mi się miło. No i może kropka. Nie kopię dalej.
Po codziennym „Klanie” zorientowałam się, że nie mam chleba. Ubrałam zatem szerokie, wygodne spodnie, kurtkę i stwierdziłam, że pobiegnę do Lidla, ale tak serio żwawo, by zdążyć na „Fakty”. Podkusiło mnie, by pójść skrótem przez nowe osiedle, które jeszcze jest w budowie. Zachętą do wtargnięcia na jego teren było uchylone ogrodzenie. Zatem wbiłam i przy okazji podziwiałam, co oni mi tutaj po sąsiedzku nabudowali. Aż nagle usłyszałam syrenę alarmową. Ups… Oczywiście znów miałam w uszach muzykę, a mimo to słyszałam tę syrenę bardzo wyraźnie. Przyspieszyłam kroku i uciekłam przez szparę w ogrodzeniu. Poczułam się, jak nastolatka. Szerokie spodnie, które przypominają mi moją hip-hopową młodość oraz ten bunt i tendencja do podejmowania ryzyka – cała ja. Bo pewne rzeczy się nie zmieniają. Nie pamiętam utworu, który wtedy grał mi w uszach, ale to był jakiś power metal. Idealnie pasował do sytuacji.
Jak i cała moja playlista, która jest jak księga opisująca każdą cząstkę mnie. I najlepsze, że to jeszcze nie koniec.