Obłędne pasmo skaliste
Podobno liczy się droga, a nie cel. Idziesz zatem swoim szlakiem. Z początku przyjemnie, prawie płasko, przez las. A potem następują coraz częstsze i coraz bardziej strome podbicia pod górę. Spodziewasz się ich, więc idziesz. Z pełną motywacją, zaangażowaniem. W pełni sił. I nie przejmujesz się zbytnio żadnym takim trudniejszym odcinkiem ani tym ile masz już ich za sobą. Bo do szczytu ciągle daleko.
Gdy mija parę godzin, każde nowe podbicie staje się coraz trudniejsze i choć jesteś naprawdę blisko – motywacja spada. Bo energia ci się wyczerpała – tak odczuwalnie. Bo nogi bolą, nierzadko wraz z nimi wszystko inne. Bo skończyły się batoniki i może nawet woda. Bo czujesz pot na całym ciele. Bo może masz ciężkie od deszczu ubranie. Szczyt niby blisko, a tak daleko. Wcale się nie cieszysz tą drogą. Nawet widoki przestają robić na tobie wrażenie.
I znów kolejne podbicie. Jeszcze bardziej strome. Las dawno w tyle, więc i ekspozycja duża. Gołe skały wokół oraz przerażająca przepaść. Masz wrażenie, że przed tobą – zamiast ścieżki – pionowa ściana. Myślisz sobie, że to chyba jakieś żarty – dlaczego po takim wysiłku i wyrzeczeniach jeszcze muszę do kurwy nędzy tak stromo podbijać? I co jest najgorsze? Świadomość, że po pokonaniu tej ściany jeszcze nie osiągniesz celu. I świadomość, że nie masz innego wyjścia.
No bo co – zawrócić? Teraz, po tym wszystkim? Stanąć w miejscu? Totalnie bez sensu. Pozostaje iść z całą tą cholerną świadomością, że po pokonaniu tej jakby pionowej ściany będzie kolejna i może jeszcze kilka następnych i gorszych, zanim wreszcie nadejdzie ta ostatnia, prowadząca na szczyt.
I jak tu się cieszyć taką drogą? Może jeszcze gdybyś miał gwarancję, że na szczycie się zregenerujesz, że twój wysiłek zostanie wynagrodzony widokami oraz satysfakcją i czym tylko tam ta twoja dusza sobie zamarzy. Ale nie masz żadnej gwarancji. Na szczycie może być ekskluzywne schronisko, szarlotka na ciepło, pyszna kawa albo treściwa zupa i porządny kawał mięsa. Do tego bajeczny widok z każdej strony. Może też być ciemna, gęsta chmura, obwisła od ciężkiego deszczu. Ograniczająca perspektywę do maksymalnie kilku metrów. I nawet kamyka nie znajdziesz, na którym można usiąść i odsapnąć.
No i po co idziesz człowieku, puchu marny? Nie wiesz nawet po co. Jedyne, co wiesz to to, że droga cię przeczołga, jak szmatę po podłodze. Mimo to idziesz. Jak wariat. Jak ostatni idiota.
Idziesz, bo masz nadzieję. Wiarę w to, że ten szczyt będzie taki, jakim go sobie wymarzyłeś. A jeśli nie ten, to może kolejny w całym tym pierdolonym życiowym paśmie. Może.
A po całej tej wyprawie obudzisz się z zakwasami we wszystkich mięśniach. I z dziką satysfakcją. I ze słowami na ustach, że nigdy więcej, które już kolejnego dnia zamienią się w układanie planu na następny wypad. I nadal nie do końca będziesz rozumiał, czemu to robisz. Lecz to silniejsze od ciebie. Uzależniające.
Życie jest uzależniające. Powoduje raka i choroby serca oraz prowadzi do śmierci.
A śmierć do nowego życia.
Czy da się przerwać to toksyczne koło?