Listy do Miłości Życia

List Siódmy

Miłości Mojego Życia!

Jesteś katem. Pozwoliłeś mi przejść i nadal przechodzić przez piekło. I co? Myślisz, że się kiedyś ewentualnie zjawisz i będzie „żyli długo i szczęśliwie”? Nie. Ktoś kto kocha na poziomie duszy nie zostawia ukochanej osoby samej na pastwę losu oraz hien. Nie chcę cię. Za późno! Rozumiesz? Znacznie za późno. Zmarnowały się moje najlepsze lata. I co? I myślisz, że teraz możesz wejść cały na biało i jak gdyby nigdy nic wkroczyć do mojego życia? Zapomnij!

Ja mam poukładane życie w pojedynkę. Zeszłam do piekła i zrobiłam tu porządek. A te diabły, które chciały mnie zniszczyć teraz tańczą, jak im zagram. Nie potrzebuję ciebie do niczego. Nie zależy mi na takim uczuciu, które miałoby przyjść po wszystkim. Nie było cię, gdy ciebie potrzebowałam. Nie było cię, gdy cierpiałam. Nie było cię, gdy schodziłam do kolejnego kręgu piekielnego. I nie ma cię nadal. Zatem ułatwię ci sprawę – już niczego nie musisz. Impreza skończona – moje drzwi są zamknięte.

Nie jestem w stanie nazywać ciebie miłością, skoro wystawiłeś mnie na taki los. Nie jesteś miłością. Nie jesteś żadnym zbawicielem. Jesteś carem.

Poradzę sobie dalej sama albo zdechnę. Też sama. I nigdy nikogo nie nazwę miłością swojego życia. Taka miłość po prostu nie istnieje i nigdy nie istniała w tym aktualnym moim życiu. Gdyby istniała, to by była. Byłaby na czas.

Miłość nigdy nie będzie źródłem zła. Jeśli trzeba dla ciebie cierpieć, marnować życie, czekać chuj wie na co, to ty nie jesteś miłością. Nie rozumiem stwierdzenia, że po czasie cierpienia mówi się „warto było czekać”. Nie, nie było warto. Wszystko, co kosztuje nerwy i przepalony na próżno czas nie jest nic warte.

I może ja zwariowałam. Może wypisuję bzdury i herezje. Może. Lecz – sorry- ja dokładnie tak to widzę. I nie zamierzam wierzyć wielce mądrym, wielce coachom czy innym filozofom dzisiejszych czasów, że to jest jakby okej. Że trzeba cierpieć. Że na dobre trzeba czekać. Że trzeba to, czy tamto. Że trzeba siebie pokochać, aby prawdziwą miłość przyciągnąć.

Ale wiesz co? Ja jestem kurwa jebaną ekstraklasą na rynku matrymonialnym.

Jestem królową, dziesięć na dziesięć pod każdym względem. I mam tego cholernie dużą świadomość. A to, co do mnie przychodzi nie jest absolutnie tym, co siedzi w moim wnętrzu. Nie jest nawet procentem. Zatem ja absolutnie nie wierzę w ten bullshit, że trzeba siebie kochać, żeby przyciągnąć miłość, bo gdyby tak było, to nie pisałabym teraz tego wyrzygu.

Wierzę za to w porozumienie dusz. W ich kontrakty i konszachty. Jeśli moja dusza zgodziła się na ten absurd w porozumieniu z tobą, to mam nadzieję, że miała ku temu solidny powód. Ale sama go poznam, bo ciebie do niczego nie potrzebuję. Kimkolwiek jesteś.

Nie jesteś miłością. Jesteś carem…

Koniec.

A.

Verified by MonsterInsights