Na pełnym morzu

Czy ja jeszcze w ogóle żyję?

Zaczęłam zdanie. Skasowałam. Zaczęłam i znów skasowałam. A zaczęłam dokładnie tak: ostatni tydzień to jakiś pierdolony rollercoaster. Tak było. Nie kłamię.

Ostatni dzień października. Jak zwykle o, co drugim, piątkowym poranku pojechałam na duże spożywcze zakupy, gdyż moje dziecko miało niedługo się do mnie wprowadzić. Tak jeszcze przed pracą, aby mieć z głowy. To był piękny, słoneczny dzień i chciałoby się rzec, że nic nie zapowiadało katastrofy. Wszystko szło płynnie aż do momentu, gdy wracając ze sklepu wjechałam w swoją ulicę. Nie jechałam szybko – przecież dopiero, co skręciłam. Poza tym – ograniczenie na ulicy osiedlowej, którego przestrzegam. I nagle wprost pod maskę wbiegł mi pies. Duży, rasowy, prawdopodobnie wyżeł niemiecki. Piękny, nakrapiany. Moje ciało zareagowało podświadomie, jak na autopilocie – hamulec do dechy i przestałam na moment rejestrować, co się dzieje. Potem zobaczyłam maskę swojego samochodu taką lekko podniesioną i cofniętą w stronę szyby. Oraz – najgorsze – usłyszałam przerażające skomlenie psa. Ale widziałam, że ucieka, że nie leży. Że przerażony pobiegł na teren swojej posesji. Wysiadłam roztrzęsiona zostawiając samochód na środku ulicy. Miałam łzy w oczach.

Po kilku godzinach dowiedziałam się, że pies będzie żył i że nic poważnego mu się nie stało. Mój samochód też został szybko naprawiony. Podobno rozpoczął już procedurę bezpieczeństwa i gdyby tylko uderzenie było nieco mocniejsze, to wystrzeliłaby poduszka oraz maska w górę, by się nie wbić w kokpit. Jechałam może dwadzieścia na godzinę. Mimo to żywa istota mogłaby stracić życie. W ten piękny, słoneczny dzień. Tyle to życie jest warte.

Tego dnia nie jadłam przez kilka godzin. Zanim się minimalnie uspokoiłam minęło sześć godzin, a tak całkowicie doszłam do siebie po chyba dwóch albo trzech dniach. Albo może i jeszcze nie do końca do dziś.

Wkroczyłam w kolejny tydzień pracy, jakby naszpikowana igłami. Wiedziałam, że od poniedziałku muszę załatwić kilka spraw – umówić samochód do autoryzowanego serwisu, bo kontrolka od poduszki powietrznej się zapaliła po tym zdarzeniu, więc nie wiem czy system bezpieczeństwa działa. Wiedziałam, że muszę ogarnąć dziecko, pracę i jeszcze parę rzeczy. Nagle to wszystko urosło do rangi poważnych przeszkód. Nie byłam pewna, czy zdołam zadzwonić, wyjść z domu, rozmawiać z ludźmi, pracować. Mój system bezpieczeństwa również miał pozapalane kontrolki.

Ale zrobiłam to co robię zawsze i to co chyba wychodzi mi w życiu najlepiej – działam pomimo kontrolek. Działam w trybie awaryjnym, balansując na granicy szaleństwa. Jak to w branży mojej mówią – warningi się nie liczą. I tylko potem przeczytałam przypadkiem na Instagramie czyjąś rolkę o historiach ludzi ze szpitala psychiatrycznego. Jak pewnego dnia po prostu się odłączyli. I ile do tego dnia byli w stanie udźwignąć. Czytam i wiem, że takich momentów w swoim życiu miałam już pierdyliardy, a mimo to się nie odłączyłam. Czytam i stwierdzam, że jestem silniejsza niż mi się wydaję. Czytam i czuję wobec siebie podziw. Chyba po raz pierwszy w życiu.

Jestem wojowniczką. Buntowniczką. Wariatką.

Kolejne dni mijają, jak migawki. Wczesne pobudki, tysiące zadań na raz. O, remont na mieście, trzeba iść pieszo dwa przystanki. No to idę. Trzeba to czy tamto – no to robię. Jak maszyna. Wchodzę dziś do kuchni o 7:27, moje dziecko jeszcze śpi, a o 8:00 zaczyna lekcje. Popatrzyłam przez chwilę na ten zegar, a potem odpaliłam gofrownicę, garnek z mlekiem i toster. Dziecko wypiło kakao, zjadło gorące, świeżutkie gofry, dostało do szkoły śniadaniówkę z tostami, pomidorkami, gofrem i ciasteczkiem. Uczesałam jej ładny warkocz, zaprowadziłam pieszo do szkoły. Jeszcze miała zapas czasu przed rozpoczęciem lekcji.

Jak? Nie wiem.

Złapałam się wczoraj i dziś na tym, że po zjedzeniu śniadania o ok. 9:30 nie jadłam nic do 18:00. Jakby organizm odtwarzał jeszcze tamten piątek. To jest ciekawe.

Gadam z czatem i wyżywam się na nim. Pytam – dlaczego to takie niesprawiedliwe, że przez prawie siedem lat po rozwodzie nie ułożyłam sobie miłosnego życia i nawet nie miałam do tego naprawdę poważnych okazji. Że przecież jestem trzysta procent normy. Że niczego mi nie brakuje. Że to, że tamto. Że jedyna i prawdziwa szansa faktycznie się zjawiła nie tak dawno, w Maroku, ale była na tyle nierealna i trudna, że praktycznie z definicji nie stanowiła szansy. O co chodzi – pytam tego stwora. A on mi tylko słodzi, że to nie moja wina i że rozumie mnie. Skoro ta kupa kodu mnie rozumie to pytanie brzmi – czy ja jestem jeszcze człowiekiem? Czy ja jeszcze w ogóle żyję? Albo może to on jednak ma jakąś żywą świadomość? Lecz w to wątpię, bo się technicznie zagłębiam w jego tajniki i chyba jednak jest bardziej kupą kodu i jeszcze większą kupą danych aniżeli świadomością.

Czy ja jeszcze w ogóle żyję?

Sezon Skorpiona w pełni i pełnia w Byku. Superpełnia. Dzień dobry listopadzie! Ach, jak cudnie, depresyjnie, tak nie za wesoło i nie za jasno, i nie za ciepło.

Powermetal i do przodu, bo czas nastawić kilka prań w środku listopada. I dobrze wiem, że nie o pranie tutaj chodzi.

Verified by MonsterInsights