Na pełnym morzu

Siedemdziesiąt siedem

Tak sobie dziś pomyślałam – a co jeśli to, co uważam, że mówię w myślach, to tak naprawdę wypowiadam na głos, ale otoczenie mnie ignoruje, bo wszyscy wiedzą, że jestem obłąkana? Że jestem jakaś upośledzona, co widać również i fizycznie, zatem nikt nie robi sensacji słysząc, jak wypowiadam na głos, że na przykład ta czy tamta zadziera nosa, a od tego czy tamtego czuć zapach przepoconych ubrań?

Może żyję sobie w jakiejś swojej iluzji i nie mam o tym pojęcia? Może chodzę między ludźmi, a może tkwię w śpiączce? A może nawet moje wszystkie podróże to też tylko jakaś projekcja? Może ja nigdy nigdzie nie wyjechałam i nie poznałam ludzi, których poznałam, którzy wzbudzili we mnie tyle emocji? Bo może to nie były przez nich wywołanie emocje, skoro nie istnieli naprawdę, a były to tylko moje własne emocje, które w tym chorobowym transie nagle skoczyły za bardzo w górę lub w dół. Niczym zapis z elektrokardiogramu. Taka chwilowa anomalia. Arytmia.

Tęsknię za tą arytmią. I jednocześnie nie wiem, kim byłam, że odważyłam się na takie wyprawy i szaleństwa. Nie poznaję siebie z zaledwie kwietnia, ale dumna jestem z tamtej mnie. Cholernie dumna. Teraz czuję jakąś kotwicę. Zaciągnięty hamulec. Nie wiem dlaczego. To nie jest strach. Nie umiem tego nazwać chyba. Ale tęsknię. I z radosnymi, szklistymi oczami wspominam każde wejście na pokład samolotu w tym roku, a szczególnie zejście na ziemię odległą. Wtedy byłam naprawdę sobą. Taką, do której oblicza sama bałam się przyznać.

A dziś znów tkwię w swoim starym schemacie życia. Nudnym, ale za to stabilnym. Smutnym, ale za to normalnym. Cokolwiek to znaczy. Już nie czynię kontrowersji, nie łamię stereotypów, nie szokuję. Szczytem szaleństwa i prawdziwej głębi mnie jest teraz chwila, gdy odpruję z marynarki standardowe, szare guziki i przyszyję nowe, złote, błyszczące – każdy inny. Albo gdy założę asymetryczne kolczyki. Kocham asymetryczne kolczyki. Każdy inny.

Zakopuję się w pracy, której jeszcze pół roku temu nienawidziłam i pragnęłam się z niej wyrwać. A dziś pokornie kręcę się na nowo w swoim kołowrotku i chyba znów lekko popadam w pracoholizm. No bo, żeby nie myśleć, to dobrze jest pracować. Dużo pracować. A w pracy przecież i tak trzeba myśleć. Tylko inaczej. I to jest klucz. Lepiej myśleć o kodzie, który nie działa niż o sercu, które nie potrafi już kochać lub o kobiecości, która z każdą sekundą usycha.

I tak oto mijają chwile ulotne, jak ulotka. Nie ma winnych ani ofiar.

Tak sobie szłam dziś z biura na dworzec i głos w mojej głowie powiedział: „Za każdy rok wylewania swego bólu na blogu życie odda ci dziesięć lat szczęścia. W zębach ci to szczęście odda, które niesłusznie zostało odebrane. Bez winnych i ofiar.”. Roześmiałam się szeroko, wątpiąc w te brednie gdzieś z moich zaświatów zasłyszane, a ludzie których mijałam po drodze widzieli mnie taką, jakbym rozmawiała z duchem. I mogli wziąć mnie za obłąkaną albo upośledzoną. Lecz dopadła mnie wątpliwość. Śmiech zawiesiłam i zaczęłam szperać w pamięci. Przecież to już zaraz miną cztery lata. Cztery lata odkąd zaczęłam te żale swoje wylewać. A więc czterdzieści lat rekompensaty. Będę miała siedemdziesiąt siedem, gdy miną.

Verified by MonsterInsights