Na pełnym morzu

Waza

Przychodzi weekend i sądzisz, że wreszcie odetchniesz. Lecz twój organizm sądzi inaczej. Uruchamia lawinę bólu od samego sobotniego poranka. Nie wiesz już co boli bardziej – głowa czy brzuch, nie wiesz gdzie jesteś i co się dzieje. Kurier odzywa się z pretensjami o wyłączony telefon i zamknięte drzwi. Od kiedy, do cholery, kurierzy zawracają ludziom dupę w sobotę przed południem?

Głowa pęka coraz bardziej. Kawa niczego nie łagodzi. A tam na dole leje się wodospad. Krwotok. Organizm wyraźnie daje znaki, że coś się kończy. Że to już nie czas na cykle. Nagły spadek hormonów i problem. Nagły wzrost – też problem. Organizm już nie ma na to siły. I ja też nie mam na to siły. A może wszystko sobie usunę? Bo i tak jestem niewidzialna, jako kobieta. I tak nic już ze mnie nie będzie. Jestem stara, zużyta, zepsuta. I przynajmniej może wtedy mi ulży, jak się pozbędę swojej płciowości – może przestanę wreszcie pragnąć miłości.

Pogodziłam się z faktem, że pewne rzeczy nie były i nie będą mi dane. Ale żałoba po pogrzebanych marzeniach jeszcze boli i uwiera. Rozmyślałam wielokrotnie, że przecież miałam tak wysokie szanse i co się stało? Później jednak pomyślałam – a może było coś, co te szanse przekreślało od początku, tylko tego nie widziałam?

Byłam za dobra i w ten sposób spierdoliłam sobie życie. Dawałam szansę tym, którzy do mnie nie dosięgali i dosięgnąć nie chcieli. Woleli mnie wykorzystywać i ściągać w dół, bo tak było im wygodniej. A ja za długo i w ogólności za bardzo pobłażałam. Wierzyłam w ludzką dobroć. Że w co ja wierzyłam?! W bajki.

Co ja teraz mogę? Nic. Jak się waza rozsypie na kawałki, to się tego nie poskleja. A ona się rozwaliła raz i potem znów i jeszcze jeden, i ponownie. Względnie duże kawałki na początku, które może dałoby się bezśladowo poskładać, one również upadły i poszły w drobny mak. Można tylko pozamiatać i wegetować.

Moja ponad osiemdziesięcioletnia babcia żaliła mi się ostatnio, że starość to taka wegetacja. A ja tak jej słucham i mówię: „moje życie wygląda tak samo”.

Muszę spróbować znaleźć jakieś nowe marzenie. Tylko, co zastąpi marzenie o miłości? Kolejne podróże? Wspinaczka po korpo drabinie? Transformacja swojego ciała, by wyglądać jak modelka? Pieniądze? To wszystko jest takie nijakie, takie blade w porównaniu. Takie słabe. Takie na chwilę. Już nawet Norwegia mnie nie rusza.

A może śmierć? Śmierć, która da ukojenie i przeniesie do wymiaru, gdzie prawdziwa miłość jest naprawdę możliwa? Tak, to jest mocne. Lecz na ten przywilej trzeba sobie zasłużyć. Widocznie jeszcze za mało wycierpiałam, aby przyszła i mnie w końcu zabrała. A zresztą… przecież to takie samo niespełnione marzenie, jak to o miłości. O obu tych rzeczach marzę odkąd tylko się zjawiłam na tym świecie.

Verified by MonsterInsights