Port 67
Zaczęłam ten rok niemalże od zejścia wprost z norweskiej ziemi, dokąd udałam się, aby zapytać swojego najskrytszego wnętrza, co powinnam zrobić ze swoim życiem. Choć i tak znałam odpowiedź. Jak zawsze zresztą – zawsze dokładnie wiem, czego chcę, tylko czasem boję się do tego przyznać.
Zaczęłam ten rok w głębi romantyzmu i rozdartego serca. Pisząc kolejne zdania w powieści i nie tylko. Pisząc je na odległość. Narodziła się dotąd nieznana wersja mnie. W bólach oczywiście. Sądziłam, że na północy jest to, czego szukam, lecz serce wyrywało się na południe. Północ dała mi tylko potwierdzenie, że tu to jest przeszłość, a tam przyszłość. Pisałam zatem dalej i bookowałam nowe bilety.
A potem dramaty nieprzewidywalne, jak w latynoskiej telenoweli. Wyjazd odwołany. Po raz pierwszy, po raz drugi. Koniec. Odcięcie radykalne i chwilowy spokój. Przed burzą. Przed moim wewnętrznym umieraniem. Depresją, która dociskała do podłogi. Pisałam jednak dalej, bo to jedyne moje światełko w tunelu i nadzieja, która trzymała mnie przy życiu.
Wreszcie majaczył na horyzoncie ostatni rozdział i dzień moich urodzin. Nosiło mnie do podróży. Serce chciało się wybrać tylko w jedne, jedyne i słuszne miejsce, lecz rozum dalej trzymał swoje twarde weto. I tak oto zostało przy tym, co logiczne i zdroworozsądkowe. Niedługo później postawiłam ostatnią kropkę, ale i zadział się przełom. Rewolucja. To, co rozważne zostało pokrzyżowane. I słusznie.
Poleciałam z Rzymu do Marrakeszu. Cała na biało. W silnej konspiracji, euforii oraz przede wszystkim wielkiej miłości, na mego serca uciechę, a także z niewypowiedzianą ulgą. Wolność, którą wtedy poczułam nie równała się nigdy z żadną inną, jakiej doświadczyłam. To byłam ja. Prawdziwa ja. Taka, której jeszcze nie znałam. Trochę się jej wstydziłam. Trochę nie dowierzałam. Nie przypuszczałabym, że taka faktycznie jestem. Ale byłam z siebie niezmiernie dumna. Niezmiernie zauroczona. To byłam ja – taka Lara Croft, ale w wersji super pro. To ta wersja mnie byłaby dla dziesięcio, dwunastoletniej mnie największą idolką wszech czasów. To tej wersji mnie wieszałabym plakaty w pokoju nad łóżkiem, gdy byłam w podstawówce.
I tak naprawdę nigdy z tego Marrakeszu nie wróciłam. Tamta ja została gdzieś na dalekiej północy, zapewne w Norwegii. Tamta ja obserwuje mnie bacznie od czasu do czasu, cieszy się i mocno mi kibicuje. A dzisiejsza ja?
Dzisiejsza ja wybrała się ponownie do Maroka, a potem do Turcji. I wywinęła szokujący zwrot akcji. Ale. Szokujący wyłącznie dla tej starej wersji mnie. Bo ta nowa jest już inna. Ta nowa nie obniża standardów, nawet jeśli to, co znalazła było prawie, ciut ciut takie, jak powinno być. Lecz prawie robi różnicę, którą nowa ja widzi, a tamta udawała, że da się naciągnąć, że coś się zmieni, poprawi. Ta nowa mówi „nie”, choćby nie wiem, jak bardzo bolało. I idzie dalej. Z sentymentami, które woli zdusić w sobie, niż dać się nimi omotać. Bo zbyt wiele razy dała się im zwieść.
A boli. Oczywiście, że boli. Kolejna szansa, z której nic nie wyszło. Jak to ma nie boleć? Kolejna utracona nadzieja. Kolejny cios w poczucie własnej wartości. Kolejny cios w swoją kobiecość. I kolejna warstwa pancerza z kolejnymi kolcami. Jestem jak stalowy jeż.
Potem odechciało mi się gdziekolwiek wyjeżdżać. Nawet nie pojechałam w góry, jak to zwykle lubiłam czynić na jesień. Zaszyłam się w swojej jaskini, w kołowrotku między domem a pracą i sklepem. I zaczęłam się godzić, że jestem nie godna tego, czego najbardziej pragnę. Wyrok zapadł. Wydał go los, wydała metryka, wydały geny, które poskąpiły urody. I wydało go miękkie serce, które kochało za bardzo.
Ta nowa ja nigdy nie podjęłaby tych decyzji, które podjęła tamta ja w wieku dwudziestu paru lat. Niestety, te decyzje przekreśliły moje życie. I teraz tak naprawdę się z tym godzę. Już się nie łudzę.
Jestem skończona, jako rozwódka. Nie mam prawa nazywać się kobietą, skoro przekroczyłam trzydziesty piąty rok życia. Jestem skończona, jako matka w trybie opieki naprzemiennej, bo gdybym jeszcze chociaż była zapalczywą „matką polką”, zaciekle walczącą w sądzie o wyłączną opiekę nad dzieckiem i alimenty, to jakoś byłoby to społecznie akceptowane. A ja jestem jakimś zgniłym, lewackim odmieńcem. Nie jestem prawdziwą Polką ani Norweżką ani kimkolwiek. Nikt nigdy mnie prawdziwie nie kochał bo zawsze brakowało mi urody i zawsze byłam za gruba. A teraz jeszcze jestem stara. Nie zasługuję więc na uwagę. Takie są realia – nie moje przekonania. Takie są realia, z którymi się nie godzę, ale też z nimi nie walczę. Po prostu je toleruję i akceptuję wykluczenie, którym jestem objęta.
Nawet z litości chcieli mnie z kimś zeswatać, ale i to nie wyszło. Facet się wystraszył i nigdy nie odezwał. Nie dziwię mu się.
I tak oto wyglądała moja druga połowa roku. Ciężka, jak ołów, ale prawdziwa. Transformująca. Tamta nowa ja z pierwszej połowy zaczęła instalować się w realiach, które zastała po powrocie z Marrakeszu. I jedno tylko, tylko jedno jest w jej sercu wspomnienie, które pamięta ją bez kolców. Jedno tylko, nietykalne i niemal święte. To, które mówi, że to nieprawda, że nikt jej nie kochał. Kto kochał pomimo.
Na przyszły rok nie mam planów ani postanowień. Nie mam żadnych marzeń. Żadnych. Wiem, że oczekiwania są toksyczne, nadzieje wpędzają w depresję, a miłość? Miłość jest cierpieniem. Jedyne, co ma dla mnie jakiś sens to pisanie. I tylko to jest w moim życiu niezmienne. Tylko na tym mogę polegać.
Choć swego najnowszego dzieła nadal nie wzięłam do rąk.
Zaczęłam ten rok od zejścia z norweskiej ziemi. A kończę go z pustą kartką. Niemalże czystą kartą. To koniec końców. Umarłam ze starości w wieku lat trzydziestu siedmiu.