Głębia liczby dwadzieścia siedem
Czy to znów retrogradacja Merkurego? Czy inna katastrofa? A może to przez te burze na Słońcu? A nie. A nic z tych rzeczy. Nie mam czego ani kogo winić. To tylko moje serce.
Szaleńcza fala emocji. Takich nawet całkiem odległych, a jednocześnie dobrze znanych. Wytęsknionych. Pośród tłumów widzę tylko tę jedną parę oczu. Tam jest mój port.
Zadziwiające jest to, jak bardzo zamknięta potrafię być na innych i jak bardzo otwarta tylko w tę jedną stronę. Jakbym miała dwie twarze.
Budzi się moja siła. Powolnie, ale konsekwentnie. Nie wstydzę się, nie umniejszam sobie. Wreszcie. Wreszcie?
Widzę dokładnie, jak mocno się poblokowałam. To nie klątwa teściowej ani innej czarownicy lub wiedźmy. To ja sama. Ja, która też jest wiedźmą i chodzącą czerwoną flagą. Przyjęłam na siebie wszystkie winy i oskarżyłam samą siebie bardziej niż inni mnie oskarżali. Odebrałam sobie prawo do życia. A to przecież ja byłam w tym całym zamieszaniu ofiarą. Wszystko to, czego pragnęłam było zawsze tuż obok. Na wyciągnięcie ręki. Lecz ja tę rękę zakułam w kajdany. Za nic.
Wymierzyłam sobie karę, zanim inni w ogóle pomyśleli, że może powinni mnie ukarać. Choć nie powinni, bo nigdy nie mieli ku temu powodu. Wolałam uspokoić ich chore emocje własnym kosztem. Byle tylko mieć wreszcie spokój. Spokój, którego tak bardzo pragnęłam. Tylko tyle w życiu chciałam.
Patrzę na to wszystko teraz oszołomiona i nie wiem, co o tym myśleć. Tyle wycierpiałam, że już przestałam czuć cokolwiek wobec własnej przeszłości. Nareszcie. I nagle widzę brak presji. Brak, który jest darem. Uwolnienie.
Potrzeba było siedmiu lat.
Równe trzy miesiące do urodzin.