Odliczanie rozpoczęte
Zorientowałam się, że oto nastał czas najwyższy, by rozpocząć wielkie odliczanie do najważniejszego dnia w roku – do dnia moich urodzin. I tak, to mówię ja, osoba, która absolutnie nie boi się śmierci, a wręcz się nie może jej doczekać. Jednocześnie świętuję swoje urodziny z roku na rok coraz bardziej i absolutnie nie ma dla mnie ważniejszego dnia niż ten jeden, jedyny. Moja ulubiona dwudziestka siódemka.
Mentalnie od jakiegoś czasu czuję się, jakbym to już miała skończone te trzydzieści osiem lat. Ale jeszcze jest siódemka na końcu. To chyba stąd te flashbacki z przeszłości, bo zawsze przed urodzinami wpadam w refleksję, retrospekcję oraz podsumowania. Zupełnie, jakby mi one nie towarzyszyły na co dzień. Cóż.
Zdaję sobie sprawę, że to wiek, który drastycznie pozbawia mnie w społeczeństwie miejsca w szufladzie pod tytułem „młodzi ludzie”. Nie mniej, to właśnie teraz czuję się najmłodziej i wyglądam najlepiej. Dobra, pomaga mi w tym kolagen, suplementy, milion kremów na zmarszczki oraz rytuałów beauty, no i co z tego? Przynajmniej igieł nie dopuszczam.
Siłą rzeczy spoglądam do mojego save’a z dnia rozwodu. Chyba dlatego, że to był moment oddzielający moje życie naprawdę grubą krechą. To był wielki przełom, ale oczywiście nie miałam wtedy pojęcia, jak wielki. Gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że siedem lat później nadal będę singielką z jednym dzieckiem, to wpadłabym w przerażenie, rozpacz, depresję. A dziś? Może ten sam ktoś przyjść i mi powiedzieć, że będę singielką również przez najbliższe siedem lat, a ja powiem tak: „No i całe, kurwa, szczęście!”.
To, co sobie myślimy, że jest dla nas najlepszym scenariuszem, niestety, ale nader często okazuje się być kompletnie nietrafionym strzałem. Często zaprojektowanym przez środowisko, w którym żyjemy, przez naszą rodzinę, otoczenie. Przez wszystkich, tylko nie przez nas. Rzadko kto ma szansę się przebudzić i poznać swoją drogę, a jeszcze rzadziej znaleźć odwagę, by nią potem podążać pod prąd, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Ja miałam to szczęście i siłę. Wyrwałam się z utartych schematów.
Nie jestem typem kobiety, której największym spełnieniem życiowym jest mąż, dzieci i rząd storczyków na parapecie. Nie jestem także typem karierowiczki, choć przyznaję, że popadam czasem w pracoholizm. Nie jestem jakąś zajadłą feministką ani perfekcyjną panią domu. Jestem może mniej więcej gdzieś pośrodku tego uniwersum. Albo całkiem poza granicami. Tak, poza granicami lubię przebywać.
Ostatnio w kościele, podczas pierwszej spowiedzi przed komunią mojego dziecka, ksiądz zaczął zadawać pytania pomagające w rachunku sumienia. Wymienił, między innymi, pytanie: „Czy mówisz rodzicom, że ich kochasz?”. Moja córka spojrzała wtedy na mnie zdziwiona i lekko zażenowana mówiąc: „Ja nigdy tego nie mówię!”. A ja jej odpowiedziałam: „Spokojnie, przecież nie musisz mi mówić takich rzeczy.”. I zdałam sobie sprawę, że osoby, które naprawdę trafiły do mojego serca nigdy tych słów ode mnie nie usłyszały oraz one same nie czuły potrzeby, by mi je mówić, a ja absolutnie tego nigdy od nich nie oczekiwałam. To jest ten głębszy poziom, o który mi chodzi i którego w duszach ludzkich szukam.