Dżem z papai

Dżem z papai – odcinek pierwszy

Ledwie zaczął się ten rok, a ja już wiedziałam, że muszę znów wyfrunąć na urodziny. Po prostu muszę. Od dnia, gdy spędzałam samotnie swoje trzydzieste piąte, postanowiłam, że wolę celebrować ten dzień z dala od domu – nadal samotnie, ale przynajmniej pośród nowo poznanych osób, w zupełnie nieznanym mi miejscu. Ale… ten rok miał być małym wyjątkiem, co do miejsca. Jeszcze w styczniu myślałam o ukochanym Maroku, a podejmując ostateczną decyzję w marcu postawiłam na Wyspy Zielonego Przylądka, czyli Cabo Verde.

Myślałam o plaży w Agadirze. Miało być lekko, błogo, u boku kogoś, kogo nadal kocham, lecz z kim być nie mogę. Bo taki mój los, że łatwo to mi przychodzi tylko podejście na Golgotę. I wręcz dosłownie tak skończyłam. Na wysokogórskim trekkingu po niemal dziewiczych szlakach, gdzieś pośrodku świata. W kraju, którego mało kto tak naprawdę kojarzy, że w ogóle istnieje. W chwili gdy scrollowałam oferty wycieczek, pojawiła mi się właśnie ta – tak różna od pozostałych. Do miejsca, które nic mi nie mówiło – no może bardzo niewiele mówiło. W zasadzie pierwszym moim skojarzeniem był motyw w Klanie z ostatniego sezonu, kiedy to KorpoJacek zachwycał się Wyspami Zielonego Przylądka po powrocie z wczasów. Pomyślałam sobie: „Świetnie! Nigdy bym nie wpadła na to, aby polecieć na Wyspy Zielonego Przylądka, więc polecę na Wyspy Zielonego Przylądka!”.

Termin pasował idealnie – tydzień bez dziecka, wylot na trzy dni przed urodzinami oraz najważniejsze – program dnia na dwudziestego siódmego zapowiadał się bajecznie. Jedna z najpiękniejszych tras na wyspie Santo Antao. Wzdłuż klifów. Taka trochę moja mała Norwegia – skały i woda zarazem. Góry są piękne, ale z obijającymi się o nie morskimi falami o niebo piękniejsze. Bez gór mogłabym się obyć, ale nie bez tych fal i tego kojącego szumu.

Spakowałam się na ostatnią chwilę. Myślę, że dość niedbale. Chyba nie lubię tego robić. Jak zwykle czułam strach i stres przed wyjazdem, bo to, że sama podróżuję wcale nie oznacza, że przychodzi mi to łatwo. Nie, nie jest łatwo. Ulga następuje dopiero na miejscu – gdy zobaczę, gdzie jestem, z kim jestem, gdy rozeznam, że jestem bezpieczna. Albo raczej, gdy uznam, że teoretycznie warunki pozwalają mi poczuć minimum bezpieczeństwa. Taka refleksja do mnie przyszła w tej chwili, że trzeba trochę mieć dość swojego życia, by zdobyć się na działania, które mogą je łatwo narazić. I ja zdecydowanie mam trochę dość tego swojego życia. A mimo to dzień moich urodzin jest dla mnie świętością. Może z radości, że cudem przeżyłam kolejny rok?

W dniu wylotu wstałam o świcie, uszykowałam się i wsiadłam do zamówionego dzień wcześniej Ubera. Strasznie stresuję się jazdą taksówkami, więc to był dla mnie najtrudniejszy punkt do odhaczenia. Na szczęście kierowca był bardzo fajny, nie mówił nic, włączył dobrą muzykę i rewelacyjnie pachniał. Mogłam się rozluźnić i poczuć, że ta wyprawa naprawdę dobrze się zaczyna. I miałam rację. Pociąg już na mnie czekał, żadnych opóźnień i nawet nie wiem, jakim cudem tak szybko znalazłam się w Warszawie. Zupełnie, jakby była oddalona od mojego Poznania o zaledwie pięćdziesiąt kilometrów. A kiedy dotarłam na Okęcie uśmiechnęłam się skrycie w sobie na wspomnienie wyjazdu sprzed roku, który również zaczynał się na tym lotnisku. Tylko skończył na innym, bo oderwałam się od wycieczki urządzając sobie mały skok w bok. Aj, to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu – szalona i wspaniała. Tym razem jednak już grzecznie zamierzałam powrócić na Okęcie, zgodnie z planem.

Po przeczołganiu się przez wszystkie odprawy oraz czekanie i jeszcze więcej czekania, jak to zwykle na lotniskach, w końcu mogłam zająć miejsce na pokładzie i… znów uzbroić się w cierpliwość. Na siedem godzin. To mój pierwszy tak długi lot w życiu. Wcześniejszy rekord to około cztery albo cztery i pół godziny – do Maroka, rzecz jasna. No właśnie – Maroko. Czułam straszne ukłucie w sercu, że będę lecieć tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Linia lotnicza udostępniła mapkę do śledzenia lotu, co nieustannie czyniłam tak długo aż nie ujrzałam, że lecimy wzdłuż kraju, w którym zostawiłam kawałek swojego serca. Tak, było mi przykro. Cholernie.

I wtedy zaczęłam się dziwnie czuć. Początkowo nie wiedziałam, co to, ale po niedługim czasie zrozumiałam – migrena. Moja tradycyjna, comiesięczna. To oraz niekończąca się przez pół lotu kolejka do toalety ustawiona tuż przy mnie, jak i gderające wczasowiczki na all inclusive, zestresowane lotem do tego stopnia, że piły drink za drinkiem, to wszystko razem sprawiło, że nie mogłam spać. Najgorzej. Ja, która zawsze i wszędzie potrafię zasnąć, zwłaszcza w pojazdach wszelakich – teraz, kiedy to tyle godzin podróży przede mną – na złość nie mogłam zasnąć. Na szczęście pomogły mi wygłuszające słuchawki i ulubiony power metal ze Spotify w trybie offline.

W końcu wylądowaliśmy na tym odległym wyspiarskim lądzie. Na wyspie Sal, która miała być tylko takim naszym portalem. Gdy wysiadłam i poczułam powietrze – to takie afrykańskie, bo ono było mi dziwnie znajome, tak podobne do tego marokańskiego – wiedziałam, że jestem w miejscu, które jest ze mną kompatybilne. A niedługo później po raz pierwszy poznałam ludzi, z którymi miałam spędzić najbliższy tydzień. Jak się okazało – naprawdę niesamowitych i wspaniałych ludzi.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi…

Verified by MonsterInsights