Dżem z papai – odcinek siódmy
Jeszcze tego samego dnia wykorzystałam absolutnie każdą minutę odpoczynku przed kolacją. Na szczęście mieliśmy go całkiem sporo. Miałam mokre chusteczki z aloesem i to właściwie cały mój arsenał, z którego mogłam coś zrobić. Wyciągnęłam je jedną po drugiej, związałam razem tworząc coś w stylu bandażu, a potem owinęłam sobie tym opuchniętą i siną kostkę. Następnie się położyłam na łóżku, pod stopę podłożyłam poduszkę i po prostu czekałam aż mój organizm zajmie się regeneracją.
Jedno wiedziałam na pewno – absolutnie nie mogłam tego nikomu powiedzieć i w żaden sposób zasygnalizować. Wystarczyło, że już nadwyrężyłam cierpliwość grupy w pierwszym dniu moją słabością oraz to, że urządzili mi urodziny. Nie dałam sobie prawa, by jeszcze po tym wszystkim kogokolwiek o cokolwiek prosić. Zresztą, gdybym nawet nie miała długu wdzięczności, to i tak bym nie poprosiła dopóki kontuzja nie byłaby na tyle poważna, że byłabym na skraju śmierci. No i tak w prawdzie nie była wcale poważna, bo mogłam chodzić. Stopa tylko źle wyglądała, ale mniej więcej funkcjonowała poprawnie. To mi w zupełności wystarczyło. Musiałam się tylko postarać, aby tylko ktoś przypadkiem tego nie zauważył. Modliłam się również o to, by opuchlizna nie stała się na tyle duża, bym nie mogła założyć buta trekkingowego. Wszystko inne nie miało dla mnie większego znaczenia.
W tamtej chwili przypomniałam sobie, jak ojciec opowiadał mi kiedyś swoją historię z dzieciństwa, kiedy to spadł z drzewa i skręcił kostkę, a potem w obawie przed wściekłością rodziców poszedł szybko do łóżka i udawał grypę. W pewnym sensie powieliłam jego schemat. Nie da się zatem ukryć, że jestem córką swojego ojca.
Jak to zawsze powtarzam – złego diabli nie biorą. I mam rację. Po swojej „kuracji” udałam się na kolację, którą zaserwowano nam w restauracji z muzyką na żywo. Biesiada się rozkręciła na tyle, że zdołałam nawet chwilę potańczyć! Zdecydowanie zatem uznałam, że jestem sprawna i mogę wybrać się na ostatni dzień trekkingu.
Rankiem, gdy tylko się uszykowałam na szlak, dokładnie obejrzałam sobie stopę i z ulgą dostrzegłam, że opuchlizna się nawet lekko zmniejszyła. Dzięki temu zdołałam ubrać buty bez problemu, choć było widać, że po prawej stronie mam więcej. Ale miałam długie spodnie, więc poza mną nikt by tego na pierwszy rzut oka nie zauważył. Dokładnie o to chodziło.
Nim zaczęliśmy, czekał nas dość długi dojazd busem. To zawsze dodatkowy czas dla ciała, by zdołało się jeszcze lepiej naprawić i odpocząć. Oceniłam swoje szanse na średnio duże, powiedzmy. Nie wiedziałam, co prawda jak będzie wyglądała trasa tego dnia, ale już raczej nie liczyłam na lekki spacer. Tak po trochu chyba każdy z nas miał nadzieję, że następny dzień będzie lżejszy, lecz tak nie było. Każdy miał swoje charakterystyczne wyzwanie – albo ostre i długie zejścia albo ciężkie, wilgotne powietrze, albo większy dystans. Codziennie stawialiśmy czoła czemuś nowemu i wystawialiśmy nasze siły na kolejne próby. Nie było opcji, by narzekać na jakąkolwiek nudę.
Im bardziej zbliżaliśmy się do celu, tym bardziej krajobraz za oknem stawał się księżycowo-marsowy, że tak to ujmę. Bardzo przypomniał mi Islandię, a to z kolei obudziło we mnie przyjemne wspomnienia. I nawet ten bus taki podobny do naszego islandzkiego Renault Trafic z wypożyczalni w Keflaviku prowadzonej przez Polaków. A właśnie! A propos prowadzenia – czy wspominałam, że naszym lokalnym kierowcą na Santo Antao był tamtejszy piłkarz, lokalna gwiazda? Wpadł mi w oko jeszcze nim się dowiedziałam, że będzie naszym kierowcą. Ups, czy ja serio to napisałam? Cóż, a zatem chciałabym tylko dodać, że naprawdę świetnie sobie dawał radę – bystry i piękny chłopak. (A starsi faceci już od dawna przestali mi się podobać i kto mnie zna, ten wie, dlaczego)
Gdy pośrodku pustyni wysiedliśmy z naszego pojazdu, okazało się, że nasz dzisiejszy szlak to praktycznie piach i jeszcze więcej piachu. Muszę przyznać, że nie marudziłam. Naprawdę nie marudziłam. Miękkie podłoże dla mojej nadwyrężonej kostki to w tamtej sytuacji wybawienie! Miałam więcej szczęścia niż rozumu. Lecz grupa potwornie biadoliła. Kijki kiepsko im pomagały, a ja byłam zahartowana bez nich, więc szłam z bezczelną satysfakcją, że dziś to ja nadaję tempo. Przynajmniej na tym fragmencie. Nie rywalizowałam, nie o to chodziło. Jednak zobaczyłam, że nie jestem aż taka beznadziejna. Że mam też jakąś umiejętność i nie jestem totalną amatorką. Chociaż byłam, no wiem przecież, że byłam. Po prostu przez tę jedną chwilę zdawało mi się, że nie jestem najgorsza, a to mnie zwyczajnie pocieszyło.
Piaszczysty fragment nie był jakoś bardzo długi i nim się obejrzeliśmy znaleźliśmy się na szczycie, z którego mieliśmy widok, jak na tacy wprost na Tope de Coroa – najwyższy szczyt na wyspie Santo Antao. Majestatyczny, wulkaniczny. Surowo stromy. Aż kusiło, co niektórych, by spróbować się na niego rzucić, nawet jeszcze podczas tego pobytu. Niestety, nie mieliśmy dość czasu. A i zapewne sił. Musieliśmy zatem nacieszyć się nim z daleka. Jak dla mnie to było good enough.
I to by było na tyle z mojej radości piaszczystym fragmentem trasy. Teraz czekało na nas zejście. Długie, monotonne, kamienne i przerażająco strome. Jego pierwszy odcinek był na tyle urwisty, że po raz pierwszy podczas tej wyprawy poczułam autentyczny strach i po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że byłabym szczęśliwa i spokojna, gdybym spotkała tutaj łańcuchy. A one zawsze mnie przerażały. W dodatku moja kostka… Musiałam być skupiona na trzysta albo i więcej procent. Przypomniały mi się też obolałe palce z masakry dnia pierwszego oraz stare odciski. To były moje ostatnie górskie kroki na Santo Antao, lecz nadal bez taryfy ulgowej. Zrobiłam zatem to, co mogłam – schodziłam wolno, uważnie, przytulona do skalnej ściany. Starałam się lądować najpierw na piętach i zaczynałam krok od lewej nogi. Obowiązkowo bokiem. Byłam znów w ogonie grupy, ale to nieważne, bo udało mi szczęśliwie ukończyć szlak. Z wielką satysfakcją wsiadłam do busa, który czekał na nas na dole.
Po obiedzie we wiosce Cural das Vacas musieliśmy zebrać się dość żwawo do hotelu, ponieważ niedługo odpływał nasz prom na Sao Vicente – jedyny w tym dniu. Choć Santo Antao dało nam w kość, to żal nam było opuszczać tę niezwykle piękną wyspę, rządzoną absolutnie wszystkimi prawami natury. I ona chyba też za nami szybko zatęskniła, bo nie pozwoliła nam tak łatwo się wydostać. Kiedy mieliśmy już ruszać, okazało się, że na jedynej drodze dojazdowej ma za chwilę przejechać kondukt pogrzebowy. To oznaczało, że póki nie przejedzie, nie wolno nam go wyminąć. Musieliśmy stać i czekać, bo w przeciwnym wypadku potwornie obrazilibyśmy mieszkańców. Zwłaszcza, że na pogrzeb zeszła się cała wioska, bo jak się potem dowiedzieliśmy, zmarła bardzo szanowana jej mieszkanka. Lecz nie na tyle, by przełożono rejs naszego promu. Statek nie zamierzał czekać.
Ciąg dalszy zapewne nastąpi…