Jajecznica
Głodówka i dieta tysiąc to chyba moje ulubione lekarstwo na wszystko. Nie dość, że chudnę, to wreszcie uspakajam myśli, bo zamiast rozkminić do bólu przyczyny moich miłosnych porażek, to najzwyczajniej w świecie zajmuję głowę dzikimi fantazjami o jedzeniu. Wieczorem już sobie wyobrażam jutrzejsze śniadanie i odliczam do tej chwili, którą potem będę długo celebrować, gdyż to jedyny posiłek w dniu.
Takiej implementacji tysiaka jeszcze nie stosowałam. Zwykle leciałam schematem trzysta kalorii na śniadanie, pięćset na obiad i ewentualnie pozostałe dwieście na kolację, jeśli w ogóle ją jadłam, bo jeśli nie, to zwykle dlatego, że obiad był większy. Albo częściej wersja trzysta na śniadanie i maksymalnie siedemset na obiad, a potem już koniec posiłków. Tym razem wymyśliłam bogate śniadanie na praktycznie cały limit kalorii i na tym koniec jedzenia, a to dlatego, że ostatnio przechodziłam przez katorgę obmyślania obiadów. Chodziłam po sklepie i nie miałam na nic apetytu albo ochoty gotowania. Tak samo zresztą, gdy chciałam zamówić coś z restauracji. No więc teraz wyeliminowałam ten problem – nie jem ani obiadów, ani tym bardziej kolacji. I jak na razie czuję się doskonale. Chyba głównie psychicznie. Może przypomina mi to jakieś zakonne poszczenie i umartwianie się z poprzednich wcieleń? W końcu jestem dwadzieścia siedem, więc niemal pewne, że byłam duszą głęboko zakopaną w duchowości. I właściwie nadal jestem, ale tym razem bez habitu.
Trafiłam wczoraj na filmik pewnej celebrytki na temat nieudanej operacji plastycznej, na którym dziewczyna płacze i pokazuje zniszczoną twarz bez makijażu. Zrobiło mi się jej żal, ale od razu naszło mnie mnóstwo refleksji i spostrzegłam, że mam z nią więcej wspólnego, niż kiedykolwiek mi się wydawało. Ale po kolei.
Najpierw przeczytałam komentarze pod jej filmem, a wśród nich pełno takich podziwiających jej odwagę, by pokazać te wszystkie swoje defekty na twarzy. I nie powiem, bo się akurat tymi komentarzami wybitnie zszokowałam. Nie rozumiem, o jaką odwagę chodzi? Cóż to za wstyd pokazać coś niedoskonałego, co na dodatek jest czyjąś winą? Czyjąś spapraną robotą? Czymś, co nie było od nas zależne. Rozumiem odwagę, by przyznać się do własnej głupoty i jej efektów, ale odwagę, by pokazać, jak ktoś ci coś zepsuł? Przecież to nie ona jest tutaj winowajcą. Okey, może i można się przyczepić do samego pomysłu zrobienia sobie operacji plastycznej w młodym wieku, ale to nie ona była specjalistką w tej dziedzinie i odpowiedzialność za realizację (lub odmówienie realizacji) tego pomysłu leżała wyłącznie po stronie specjalisty. W tym przypadku wybitnego chirurga z renomowanej kliniki. Uderzyło mnie zatem, jak wielu ludzi boi się czy wstydzi się rzeczy, które nie są w ogóle od nich zależne i mówienie o tym uważają za akt odwagi. Czyli jak ktoś cię zgwałci albo okradnie i powiesz o tym policji, to oznacza odwagę? To nie jest odwaga, a absolutna konieczność i oczywistość, by o tym mówić głośno. Czemu bierzemy cudzą winę na siebie i wstydzimy się cudzym wstydem?
A kolejna rzecz, którą chcę poruszyć to właśnie sam pomysł, by robić sobie taką operację w tak młodym wieku – dziewczyna nie ma jeszcze trzydziestu lat. I nie chcę jej hejtować, bo chyba rozumiem skąd u niej takie chęci poprawiania siebie. Dlatego się utożsamiam. Otóż, to jest niezwykle piękna, fajna i wrażliwa dziewczyna. Bardzo bogata, ustawiona życiowo, zaradna. A mimo to – niezamężna i przechodząca przez rozmaite miłosne porażki. Nie wiem, czy ona się z kimś spotyka, ale śmiem twierdzić, że ciągle czuje się niewystarczająca, bo cokolwiek, co zrobi lub nie, to i tak obija się o ścianę. O tę samą ścianę, o której pisałam w poprzednim wpisie. No i ja wiem, że takie uczuciowe ale i ambitne osoby będą zawsze szukały winy w sobie. W swoim wyglądzie, zachowaniu, zainteresowaniach albo czymkolwiek. Jeśli zaliczasz n-tą porażkę w miłości, to trudno jest myśleć, że to takie życie – szukasz na siłę twardej przyczyny i chcesz ją wyeliminować. I szukasz jej w sobie, bo na siebie i swoje życie masz wpływ. Masz kontrolę. Możesz schudnąć lub przytyć. Możesz zmienić styl ubierania się albo kolor włosów. Możesz zapisać się na kolejny kurs albo wyjść do restauracji albo pojechać na samotne wakacje. Możesz, jeśli cię stać, zrobić sobie szereg zabiegów oraz operacji plastycznych. I twój mózg logicznie wnioskuje, że te wszystkie działania namnożą ci szans na znalezienie miłości. A potem znów trafiasz na dupka i wkręcasz się w tę spiralę samoczepialstwa oraz zmian w sobie jeszcze bardziej. Koniec końców wariujesz. Wrzucasz jakieś żałosne posty na social media (to o mnie, nie o niej) albo przechodzisz na irracjonalną dietę głodową (to też o mnie). Albo idziesz do chciwego chirurga, który zrobi, co zechcesz za pieniądze, nie zważając na twoje zdrowie.
Dlaczego my, kobiety w Europie tak bardzo nie jesteśmy doceniane przez naszych mężczyzn? Dlaczego oni chętniej z nami rywalizują aniżeli komplementują? Jesteśmy zaradne życiowo, samodzielne, wykształcone, dobrze zarabiające i naprawdę piękne, bo często mamy jasne włosy i oczy, co jest na świecie mniejszością i co czyni nas naprawdę wyjątkowymi. Mimo tego wszystkiego jesteśmy potwornie zakompleksione, pozbawione adoracji, a nawet szacunku ze strony mężczyzn. A co najbardziej rozbrajające to potem ich oburzenie i wyzywanie od szmat, gdy zwiążemy się z kimś z Afryki albo Bliskiego Wschodu. Ale niestety – fakt faktem, że tamci mężczyźni naprawdę potrafią docenić kobiecość i nie dziwne, że tyle z nas się w nich zakochuje. Potrafią docenić i potrafią rozmawiać o uczuciach oraz emocjach. I cholernie mi przykro, że nasi mężczyźni traktują to, jak ujmę na honorze. Naprawdę to wstyd powiedzieć swojej kobiecie, że jest piękna i że ją kochasz? Od razu w tym momencie przypomina mi się słynny cytat z Wesela: „Miałeś chamie złoty róg, miałeś chamie czapkę z piór”… Przykro mi europejscy panowie, ale tak się właśnie zachowujecie – nie doceniacie skarbów, które macie.
I nie, ja nie chcę hejtować swoich rodaków, czy ogólnie mężczyzn z Europy, bo to na pewno nie dotyczy wszystkich. Niestety, dostrzegam różnice i zwyczajnie mi przykro, że większość stać na jakikolwiek komplement w stronę kobiety albo uczuciowe wyznanie dopiero po dużej ilości alkoholu. Rzadko na trzeźwo i tak zwyczajnie na co dzień.
A my potem się siebie czepiamy i się wyniszczamy. I obudowujemy skorupą, zachowujemy się jak twarde suki. I wy potem do nas macie pretensje, że jesteśmy materialistkami. I to kółko tak się kręci. No bo tak, po iluś porażkach przestajesz się otwierać i łatwiej jest patrzeć na dobra materialne. Boję się, że i ja już jestem na tym etapie i nie będę w stanie nigdy całkowicie zaakceptować partnera, który mniej zarabia i posiada mniej niż ja. Jak miałabym, skoro miałam facetów na tym samym poziomie finansowym, co ja i to ja musiałam dawać więcej? Dużo więcej. No więc logika jest tutaj prosta. Mimo mojej wysokiej wrażliwości.
Wracam do rozmyśleń na temat jutrzejszego śniadania. To boli mniej.