Na pełnym morzu

Dusze wychudzone

Powoli mija pierwszy tydzień mojej diety. Nadal jestem gruba, a do tego osłabiona, ale jest pierwszy plus – przy dzisiejszym upale było mi naprawdę chłodno, wręcz zimno. Niska podaż kalorii sprawia, że muszę praktycznie non stop chodzić w swetrze. Rozważałam też spanie w swetrze, bo trudniej mi się zasypia z zimna, zupełnie, jak podczas styczniowych mrozów. Nie muszę inwestować w klimatyzację. No chyba, że dla kota, aczkolwiek jemu to raczej pasuje, bo się dziś wylegiwał na słońcu, po czym był tak gorący, że niemal się o niego nie oparzyłam.

W sumie to ciekawe, bo moja wewnętrzna klimatyzacja nie bierze się wyłącznie z diety. Jestem w końcówce cyklu, dosłownie dzieli mnie dzień, góra dwa od miesiączki, a zawsze w tym czasie brawurowo spada mi temperatura z trzydzieści siedem do podręcznikowego trzydzieści sześć i sześć. No i śmieszne jest to, że ten spektakularny spadek odczuwam tak, jakby mnie ktoś zamknął w chłodni przemysłowej. Jakbym nagle została przetransportowana w bikini z karaibskiej plaży wprost na samą Antarktydę. To bardzo interesujące zjawisko, bo na przykład, gdy podczas choroby mam wyższą temperaturą i potem spadek do tej normalnej jest większy, to w ogóle tego nie odczuwam w ten sposób. Po prostu zaczynam się lepiej czuć. Natomiast przed okresem zaczynam się czuć, jakbym wpadała w chorobę. Zupełnie na odwrót. No i do tego ta migrena hormonalna czy jakaś bliżej nieokreślona hemikrania, która oczywiście również musiała mnie uraczyć i przez ostatnie dwa dni czułam się fatalnie. Może przez dietę okres mi się zatrzyma i będę miała z tym wszystkim spokój. Już raz w życiu mi się tak zdarzyło, gdy byłam nastolatką. Też się wtedy oczywiście odchudzałam.

Ja się nawet w ciąży odchudzałam, bo ex mąż patrzył z przerażeniem i obrzydzeniem na mój apetyt oraz rosnące ciało. Ale o tym to już było. Nie wracam. W każdym razie, historia mojej walki z ciałem jest trudna i długa. Na domiar złego jestem Bykiem, więc uwielbiam gotować i jeść. Niestety, od czasu do czasu muszę stanąć naprzeciw siebie i stoczyć z sobą bitwę. Po to tylko, by poczuć się lepiej. Choćby na chwilę. Bo faktycznie jest mi potem lepiej, jak zobaczę, że mieszczę się w mniejszy rozmiar i jak zobaczę w lustrze, że już nie wystaje tam, gdzie wystawało.

A teraz pora na akapit schodzący w głąb jakiegoś ciężkiego tematu. Tak z grubej, nomen omen, rury. Lubię tak niepozornie zaczynać, uśpić czujność, a potem uderzyć. Tylko, że dziś chyba nie mam nic takiego w zanadrzu. Nie będę się wyżywać ani na sobie, ani na europejskich mężczyznach, ani na kimkolwiek. Raczej. Co nie znaczy, że będzie nudno bądź sielsko, czy pozytywnie, bo absolutnie nie jestem w żadnym z tych nastrojów.

Znów myślę o tym, by porzucić swój zawód i branżę. Nie podoba mi się nastawienie ludzi, ten hype w stronę AI, to takie korporacyjne jeden przez drugiego. Im jestem bardziej zgłębiona w tematach duchowości, tym większą mam alergię na pozerstwo i napompowane ego. A tego naprawdę w IT jest dużo. Za dużo. Ja uwielbiam nowe technologie oraz w ogóle wszystko, co nowe. Ciekawi mnie rozwój świata i jego nowinki, i naprawdę jestem pod wrażeniem tego, co ludzie tworzą. Bardzo mi to imponuje i zachwyca. Lecz, gdy ego zaczyna brać górę i zamiast szerzyć technologię tak, by ułatwiała nam wszystkim życie, wybiera się jakieś takie podejście „ja jestem lepszy, bo to ogarniam, a ty jesteś nikim bo jeszcze nie wiesz o co w tym chodzi”, to jest tak skrajnie sprzeczne z moimi wartościami, że po prostu robi mi się niedobrze. Do tego też dochodzi grupa przesiąknięta pieniądzem, dla którego zrobią wszystko, a jak wiadomo w technologii są pieniądze. Nie ma w tych ludziach prawdziwej pasji i powołania, tylko żądza pieniądza i jednoczesne gardzenie tymi, których z jakichś irracjonalnych powodów uważa się za gorszych od siebie. Przykład? No niby dlaczego pracując w tej branży, która jest zdominowana przez mężczyzn, jestem sama od ponad siedmiu lat? Bo bogaci panowie z IT gardzą rozwódką z dzieckiem, bo są bogaci i w związku z tym uważają się za panów świata, którzy mogą mieć każdą. Dlatego typy koło czterdziestki wolą szukać sobie dwudziestolatki z tak zwaną czystą kartą, na której zrobią wrażenie swoimi pieniędzmi.

A zresztą, co mnie to. I tak nie interesują mnie tego typu mężczyźni, więc to nie tak, że ubolewam, że nie mam wśród nich powodzenia. Ba, no całe szczęście, że nie mam! Ubolewam nad tym, że moja branża jest skażona takimi zmanierowanymi ludźmi. Ciekawe, ilu z nich by w niej zostało, gdyby nie przynosiła takich dochodów?

(Nawiasem pisząc, nie mogę nie wymienić siebie, jako prawie czterdziestki, która też miała całkiem poważny romans z dwudziestolatkiem. Panowie, o których wspomniałam zapewne myślą o takich jak, ja, że nie mają szans na miłość, ani tym bardziej uwagę młodszych. Cóż, wielce państwo się wielce pomyliło. A to uczucie i ta relacja były przepięknym doświadczeniem. Hm, były? Może to jeszcze nie jest czas przeszły dokonany?)

Ubolewam równie mocno nad lekarzami. Bo w tej dziedzinie kwestia finansowa jest jeszcze mocniejszym aspektem, o czym wszyscy już doskonale w tym kraju wiedzą po ostatnich aferach. O ile IT nie musi stanowić o życiu i zdrowiu człowieka, o tyle lekarze już bardzo tak. I co my teraz zrobimy, jeśli miażdżąca ich większość to będą wyrachowane i wyrafinowane harpie oraz rekiny, którzy poszli na medycynę wyłącznie dla kasy? I którzy, co gorsza, niejednokrotnie ukończyli studia na narkotykach? W sumie to samo jest w polityce. A jak tam jest, każdy widzi.

Nie uważam, że pieniądz jest zły sam w sobie. Nie jest, bo to tylko środek. Narzędzie. Problem jest głębszy. Problemem są ludzie bez duszy, bez sumienia, bez empatii. Z ego tak opasłym, że pozbawia duszę miejsca w ciele. I wszelkie narzędzia w rękach takich ludzi, to pewna zagłada.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights