Osobliwe Uniwersum T

Odcinek piąty: nie ma tego złego, co by na T nie wyszło

Już chciałam zakończyć tę serię, lecz smutno byłoby ją kończyć tak negatywnym wpisem. Zaczęłam zastanawiać się nad plusami Uniwersum T, bo wszystko ma jakieś plusy. Nawet T. I nawet jakieś znalazłam. A może to one znalazły mnie?

Już chciałam odinstalować aplikację. Trzy razy miałam palec na przycisku „Usuń konto”, po czym coś odbierało mi energię, przed dokonaniem tego czynu. A potem pojechałam na ten nieszczęsny bal i udało mi się doprowadzić do stanu używalności, pomimo zapłakanych oczu. Faktycznie – nie zdołałam się upić i to nie tyle przez T, co bardziej przez pewne dzieje, które działy się na balu i które tak mocno ze mną nie rezonowały, że znów wpadłam w jakiś dół. Kiedy inni się bawili, ja tylko stałam przy wysokim stoliku, obserwując ich z bezpiecznej odległości, z miną chłodną i zimną, jak u Królowej Mieczy. O tym jednak, kiedy indziej. I nie w tym serialu.

Uniwersum T, choć jest ostatnim kręgiem piekielnym, to potrafi przynieść coś pozytywnego. I nie jest tym sam fakt przetrwania w zachowaniu zdrowego poczucia swojej wartości. Bo umówmy się – takie bajery to tam są praktycznie niemożliwe. Zatem nie będę szaleć z tymi plusami. Chociaż cuda tam się też zdarzają. I to jest potwierdzone info. Próbuję enigmatycznie napisać coś, co może i bardzo chciałabym napisać wprost, ale jeszcze się boję. Dmucham na zimne. Bo przecież zbyt wiele złego mnie spotkało.

T jest narzędziem do poznawania ludzi – może i niedoskonałym, może i tępym, może i zbyt ostrym. Ale narzędziem, jak każda inna sposobność – na przykład kolejka w Lidlu. I co tu dużo dywagować – takie mamy czasy oraz klimat, że trudno poznać ludzi inaczej niż przez Internet. Myślę, że zdziczeliśmy, jako społeczeństwo przez czasy pandemiczne i coś nam się w głowach zakodowało, że to tak głupio zbliżyć się do kogoś obcego na ulicy i zagadać. Że to jest wręcz strach. Że tak nie wolno, bo mandat grozi. Czy coś. I choć wszyscy – lub większość z nas – marzy o tym, by poznać się na żywo, w tej rzeczonej kolejce w Lidlu bądź gdziekolwiek, to okrutna prawda jest taka, że jesteśmy zbyt odizolowani mentalnie, by się odważyć tę kolejkę wykorzystać. I jesteśmy też zbyt zdigitalizowani. Tak, jak hejt przychodzi łatwiej w Internecie, tak samo jakiekolwiek inne interakcje z drugim człowiekiem.

Ale.

Czasami bywa tak, że gdyby nie ten Internet, to nie zaistniałaby żadna inna sposobność poznania się twarzą w twarz. Bo, na przykład, dwie tak samo szalone dusze, które rozumieją się bez słów są oddalone od siebie na wiele kilometrów. I chodzą do innych Lidlów. W zupełnie innych miastach. No i cóż wtedy? Pozostaje Internet. I Uniwersum T, między innymi. Mimo, że i ono ma swoje ograniczenia odległościowe. Ale no dusze mogą się przecież przemieszczać.

Podsumowując, myślę, że nie ma sensu demonizować T. To tylko aplikacja, która na pewno z jednej strony chce zarabiać, więc możliwe, że jej algorytmy będą się starały utrzymać użytkowników, jak najdłużej – czyli będzie dobierać różne dziwne osoby. Ale z drugiej strony – jeśli T zamierza w ogóle istnieć, to w końcu musi starać się pokazać ludziom te profile, które najlepiej im pasują. Bo to przecież dowód na to, że T działa, więc kolejni single będą ją pobierać. A szanse na dokopanie się do profilu tego kogoś, kto jest z tej samej gliny? Sądzę, że podobne, jak w kolejce w Lidlu sprzed pandemii. Jednak Uniwersum T daje coś jeszcze – możliwość skonfrontowania się z własnymi oczekiwaniami i granicami. Możliwość poznania tak świadomie, czego naprawdę chcę, a co kompletnie mi nie służy. I to chyba największa zaleta T.

Bo żeby poznawać ludzi trzeba poznawać ludzi.

Verified by MonsterInsights